
(dokument), USA 2019
Rekomenduje: Michał Korczyński
Aretha Franklin była już gwiazdą – „Królową Soulu” – gdy zdecydowała się wrócić do swoich muzycznych korzeni, czyli pieśni gospel. W 1972 roku w kościele w Los Angeles zarejestrowała podczas dwóch koncertów materiał na płytę „Amazing Grace”, która miała się okazać jej największym komercyjnym sukcesem. Po blisko pięćdziesięciu latach mamy możliwość obejrzenia dokumentacji filmowej tego występu. Wydawało się, że ten film nie ujrzy nigdy światła dziennego. Po nakręceniu całości materiału pojawiły się problemy techniczne związane z synchronizacją dźwięku i obrazu, a taśmy trafiły do archiwum. Po trzydziestu latach coś zaczęło się dziać, ale prawne przepychanki sprawiły, że produkcja znowu stanęła w miejscu i dopiero po śmierci Arethy Franklin udało się skończyć i wydać film.
Trudno właściwie jednoznacznie zaklasyfikować „Amazing Grace”. Nie jest to „czysty” film koncertowy – mamy tu też fragmenty z przygotowań do niego i prób. Z drugiej strony, dominacja części koncertowej jest na tyle uderzająca, że jednak nie jest to dokument „o koncercie” (jak choćby „The Last Waltz” Martina Scorsese). Ta gatunkowa niejednoznaczność jednak w żaden sposób nie „drażni” widza, a jednocześnie pozwala zachować dramaturgię koncertu, nie ograniczając się wyłącznie do zapisu samego występu. Swoją drogą, trudno jednoznacznie stwierdzić, czyją zasługą są te świetnie wyważone proporcje. Osobą odpowiedzialną za realizację filmu był Sydney Pollack, ale ostateczna wersja to rezultat montażu dokonanego już w XXI wieku.
W warstwie formalnej film jest już nawet nie prosty, ale wręcz surowy – „zaszumiony” obraz, ujęcia sprawiające niekiedy wrażenie przypadkowych lub stanowiących efekt potknięcia się operatora, nieostrość ujęć (jedynym „fajerwerkiem” jest kilka scen pokazanych, jak u De Palmy, w stylu „split screen”). Momentami może to wyglądać jak nagranie niemalże amatorskie, nakręcone przez jednego z uczestników koncertu. Im bardziej rozwija się film, a właściwie koncert, tym mniejsze ma to jednak znaczenie. To muzyka odgrywa tu rolę pierwszoplanową i – jakby paradoksalnie to nie brzmiało – oglądamy „Amazing Grace”, przede wszystkim po to, by go słuchać.
Oczywiście, to Aretha Franklin jest główną bohaterką – gdy zaczyna śpiewać, wobec jej magnetyzmu jesteśmy właściwie bezradni. Najsilniej jest to widoczne na końcu koncertu, gdy Franklin siada strasznie zmęczona i jedynie nuci sobie wybrzmiewający w tle utwór, by w pewnym momencie wstać, wybrzmieć swoim potężnym głosem i pociągnąć za sobą cały chór… Film niesie w sobie jednak znacznie więcej. Przede wszystkim, „Amazing Grace” doskonale oddaje atmosferę koncertu. Mamy tutaj wprawdzie eleganckie panie i dżentelmenów, którzy w spokoju wysłuchują występu Franklin. Ale absolutnie dominuje spontaniczność, a momentami wręcz – ekstaza i niemalże religijny trans. Publiczność i chór wchodzi w nieustanny dialog z wokalistką oraz prowadzącym koncert pastorem, nie ma tutaj żadnego reżyserowania, czy uciszania.
Jednocześnie, nie sposób podczas oglądania filmu nie pomyśleć o kontekście występu Arethy Franklin. Jest rok 1972, czyli nie minęła jeszcze dekada od uchwalenia Civil Rights Act, a cztery lata wcześniej zastrzelono Martina Luthera Kinga. Sytuacja Afroamerykanów w USA nadal jest bardzo trudna. Tymczasem, my oglądamy dwa wieczory nie tylko radości i zabawy, ale i niesłychanej siły i dumy oraz wspólnotowości. Niemalże ironicznie w tym kontekście jawi się dwóch mężczyzn, których w pewnym momencie zauważa kamera. To Mick Jagger i Charlie Watts, już wtedy w fazie zdecydowanie gwiazdorskiej. Nie powiedziałbym, że w kościelnej salce w Los Angeles są oni „nikim”, powiedziałbym raczej, że nie są oni nikim szczególnym. Czy jest jeszcze jakiś film, w którym The Rolling Stones pełnią rolę statystów?
