
Ken Loach jest jednym z canneńskich rekordzistów: ma na koncie dwie Złote Palmy, za „Wiatr buszujący w jęczmieniu” (2006) i „Ja, Daniel Blake” (2016). Także w tym roku jego najnowszy film, „Nie ma nas w domu”, startował w konkursie głównym, choć tym razem Brytyjczyk opuścił Lazurowe Wybrzeże bez nagród. Fakt ten, wobec bardzo mocnej konkurencji, nie świadczy bynajmniej źle o obrazie, który poziomem co najmniej dorównuje obydwu nagrodzonym dziełom reżysera, a w niektórych aspektach można go nawet uznać za bardziej udany.
„Nie ma nas w domu” to – jak na Loacha przystało – kino silnie osadzone w kontekście społecznym. Fabułę oparto na losach niezamożnej brytyjskiej rodziny. Ojciec, Ricky (Kris Hitchen), zatrudnia się w firmie kurierskiej, w teorii jako franczyzobiorca, w praktyce – podwładny nieprzyjemnego menedżera. Jego żona Abbie (Debbie Honeywood) od rana do wieczora opiekuje się starszymi ludźmi i osobami z niepełnosprawnościami. Mają dwójkę dzieci: córkę Lisę Jane (Katie Proctor) i nastoletniego syna Seba (Rhys Stone), który właśnie odkrywa w sobie artystę-grafficiarza, co wiąże się z wagarowaniem i drobnymi kradzieżami. Ich wątki są ze sobą ciasno splecione, tworząc swego rodzaju portret rodziny borykającej się z różnorakimi problemami.
W porównaniu do „Ja, Daniel Blake” (czyli poprzedniego dzieła Loacha), „Nie ma nas w domu” wydaje się opowieścią bardziej zniuansowaną. Formuła jest podobna: reżyser opowiada historię, poprzez którą wymierza ostrze krytyki w niedobrze funkcjonujący system. Tym razem jednak udało się tak zbalansować opowieść, żeby zaangażowanie społeczne nie przesłoniło bohaterów. Ricky i Abbie nie stają się w miarę rozwoju akcji figurami większymi niż życie czy symbolem niesprawiedliwości; ich nieszczęścia nie wynikają tylko i wyłącznie z niedobrze skonstruowanego systemu lub kapitalistycznego ucisku. Gdyby żyli w komunistycznej utopii, nadal musieliby uporać się z buntem syna, nadal mogliby zostać napadnięci w czasie pracy lub nieoczekiwanie musieć wyjść z domu podczas wieczoru, który miał być spędzony z rodziną. O sprawności filmu świadczy fakt, że problemy bohaterów nie zostają tu ani zbagatelizowane, ani wykorzystane do pisania (kolejnego rozdziału) politycznego manifestu. Potencjalnie taka poetyka może też łatwiej trafić do osób o poglądach innych niż reżyser.
Wypunktowane różnice względem „Daniela Blake’a” nie oznaczają bynajmniej, że Loach się znacząco zmienił. Wciąż pozostaje wierny lewicowym ideałom i swojej formule kina społecznego; może tylko jego zapał trochę się ostudził – z korzyścią dla filmu. I choć canneńskiego jury tym razem nie porwał, to nadal zdecydowanie warto sprawdzać, co brytyjski reżyser ma do powiedzenia.


Rhys Stone (Seb), Katie Proctor (Lisa Jane), Debbie Honeywood (Abbie Turner), Kris Hitchen (Ricky Turner)
