NIE MA NAS W DOMU

Nie ma nas w domu (Sorry, We Missed You) – reż Ken Loach, Wielka Brytania & co 2019

Ken Loach jest jednym z canneńskich rekordzistów: ma na koncie dwie Złote Palmy, za „Wiatr buszujący w jęczmieniu” (2006) i „Ja, Daniel Blake” (2016). Także w tym roku jego najnowszy film, „Nie ma nas w domu”, startował w konkursie głównym, choć tym razem Brytyjczyk opuścił Lazurowe Wybrzeże bez nagród. Fakt ten, wobec bardzo mocnej konkurencji, nie świadczy bynajmniej źle o obrazie, który poziomem co najmniej dorównuje obydwu nagrodzonym dziełom reżysera, a w niektórych aspektach można go nawet uznać za bardziej udany.

„Nie ma nas w domu” to – jak na Loacha przystało – kino silnie osadzone w kontekście społecznym. Fabułę oparto na losach niezamożnej brytyjskiej rodziny. Ojciec, Ricky (Kris Hitchen), zatrudnia się w firmie kurierskiej, w teorii jako franczyzobiorca, w praktyce – podwładny nieprzyjemnego menedżera. Jego żona Abbie (Debbie Honeywood) od rana do wieczora opiekuje się starszymi ludźmi i osobami z niepełnosprawnościami. Mają dwójkę dzieci: córkę Lisę Jane (Katie Proctor) i nastoletniego syna Seba (Rhys Stone), który właśnie odkrywa w sobie artystę-grafficiarza, co wiąże się z wagarowaniem i drobnymi kradzieżami. Ich wątki są ze sobą ciasno splecione, tworząc swego rodzaju portret rodziny borykającej się z różnorakimi problemami.

W porównaniu do „Ja, Daniel Blake” (czyli poprzedniego dzieła Loacha), „Nie ma nas w domu” wydaje się opowieścią bardziej zniuansowaną. Formuła jest podobna: reżyser opowiada historię, poprzez którą wymierza ostrze krytyki w niedobrze funkcjonujący system. Tym razem jednak udało się tak zbalansować opowieść, żeby zaangażowanie społeczne nie przesłoniło bohaterów. Ricky i Abbie nie stają się w miarę rozwoju akcji figurami większymi niż życie czy symbolem niesprawiedliwości; ich nieszczęścia nie wynikają tylko i wyłącznie z niedobrze skonstruowanego systemu lub kapitalistycznego ucisku. Gdyby żyli w komunistycznej utopii, nadal musieliby uporać się z buntem syna, nadal mogliby zostać napadnięci w czasie pracy lub nieoczekiwanie musieć wyjść z domu podczas wieczoru, który miał być spędzony z rodziną. O sprawności filmu świadczy fakt, że problemy bohaterów nie zostają tu ani zbagatelizowane, ani wykorzystane do pisania (kolejnego rozdziału) politycznego manifestu. Potencjalnie taka poetyka może też łatwiej trafić do osób o poglądach innych niż reżyser.

Wypunktowane różnice względem „Daniela Blake’a” nie oznaczają bynajmniej, że Loach się znacząco zmienił. Wciąż pozostaje wierny lewicowym ideałom i swojej formule kina społecznego; może tylko jego zapał trochę się ostudził – z korzyścią dla filmu. I choć canneńskiego jury tym razem nie porwał, to nadal zdecydowanie warto sprawdzać, co brytyjski reżyser ma do powiedzenia.

Kris Hitchen (Ricky Turner) i Katie Proctor (Lisa Jane)

Rhys Stone (Seb), Katie Proctor (Lisa Jane), Debbie Honeywood (Abbie Turner), Kris Hitchen (Ricky Turner)

Dodaj komentarz