
Listopad zaczął się niemrawo, ale im dalej, tym ciekawiej. Duet Klaudii i Łukasza mierzy się z zauważoną w Gdyni „Supernovą”. Seans polecamy w dwóch głosach bez dwóch zdań! Warto! Minimum muzyki, maksimum emocji. Możesz nie wierzyć, ale kulminacyjny moment życia rozgrywa się czasem gdzieś na uboczu i przypadkiem.
SUPERNOVA
Rekomenduje: Klaudia Kozłowska
Film Bartosza Kruhlika przedstawia sytuację niewyobrażalną, graniczną, kończącą pewien etap w życiu bohaterów. Odtąd nic nie będzie już takie jak dawniej. Jesteśmy świadkami wypadku i tego, co stanie się tuż po nim. Gdzieś na wiejskiej drodze, na obrzeżach świata, które nagle umieszczono w samym centrum. Czas to zaledwie kilka godzin. Wszystko tu koncentruje się na konsekwencjach tego, co właśnie się stało. Trzy jedności greckiej tragedii. Minimalizm, który obejmie całą gamę ludzkich emocji.
W ułamku sekundy ludzie stracili to, co mieli, a my – dzięki bliskim planom i długim ujęciom – obserwujemy ich emocje, reakcje i przemiany. Sporo tu różnych perspektyw, nie ma jednej głównej, bo ważni są wszyscy: ofiary, sprawcy, ci, którzy mają zaradzić zamieszaniu, i ci, którzy nie godzą się, by sprawa uszła winnemu na sucho. Obcy, sąsiedzi, rodzina. Reżyser celowo zaprosił do gry nieznanych aktorów i statystów, by nikt nie był uprzywilejowany, a każdy ważny. Wszystkie perspektywy są istotne. Niektóre zachowania dziwią. Kruhlik przełamuje schematy, ale jest blisko życia. To budzi pytania i angażuje – jak sami byśmy postąpili i czy na pewno wiemy jak, bo tu nic nie jest oczywiste.
Mogłoby się wydawać, że światem rządzi przypadek, ale czy na pewno? Możemy gdybać, co by się stało, gdyby nie alkohol, gdyby na czas przyleciał helikopter, gdyby ktoś nie był zbyt pewny siebie, a inni nie bali się przełożonych i politycznych dyrektyw.
Tytułowa Supernova powstaje z wybuchu, który kończy życie gwiazdy. Eksplozja niszczy, daje jednak początek nowym zjawiskom. Tu zwróciłabym uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze – na nieuchronność „wybuchu”. Za dużo już się nagromadziło, zbyt wiele spraw nabrzmiało i toczyło się w stronę tej kolizji. Zbiegi okoliczności zderzyły miejsce, czas i uczestników. Po drugie – w filmie Kruhlika obserwujemy moment przemiany. Widzimy „wybuch”, lecz jeszcze nie wiemy, do czego on doprowadzi. Czym to doświadczenie zaowocuje w życiu bohaterów. Ta szansa – niestety – nie będzie dana wszystkim.
Reżyser świetnie buduje napięcie. Mimo że znajdujemy się w jednym miejscu i po prostu czekamy na to, co będzie dalej. Na jednym planie widzimy działanie służb (z czasem coraz bardziej bezradnych wobec buntu mieszkańców wioski), przyglądamy się znajomym ofiar wypadku, ich krewnym. Na dalszym planie, lecz wcale nie bez znaczenia, są zniecierpliwieni kierowcy czekający na możliwość przejazdu.
Dla każdego z uczestników to, co się stało, miało inne znaczenie. Dla jednego z policjantów wreszcie “coś” się zdarzyło i przerwało nudę, dla innej postaci zapowiadało koniec kariery politycznej, komuś dało powód do popełnienia samobójstwa lub do sprzeciwienia się rozkazom “z góry”, by chronić ofiary a nie przestępcę. Dla kogoś jeszcze innego było zwykłą przeszkodą na drodze do celu podróży.
Jedno miejsce, jeden dzień, jedno wydarzenie przyniosło ze sobą tak wiele zmian. Stworzyło całkowicie nową rzeczywistość i wrzuciło bohaterów na nowe życiowe tory.
Rekomenduje: Łukasz Klawunn
W pierwszej scenie filmu widzimy sytuację, jakich w polskim kinie wiele – wyniszczony przez alkohol człowiek z puszką piwa w ręku. Zatacza się, chodzenie sprawia mu coraz większą trudność, jednak wciąż wlewa w siebie kolejne procenty. Do tego wykończona psychicznie żona, która właśnie w tym momencie podejmuje decyzję o ostatecznym odejściu od pijaka. Kobieta kurczowo trzyma za ręce dwójkę małych, niewinnych, zdezorientowanych całym zajściem dzieci. Nieświadome zła drzemiącego w nałogu są rozdarte pomiędzy posłuszeństwem wobec matki a istniejącym, pomimo wszystko, przywiązaniem do ojca. Polska wieś i patologia w rodzinie, temat rzeka, przerobiony jak chyba żaden inny.
Tak Bartosz Kruhlik wprowadza nas w świat swojego pełnometrażowego, nagrodzonego w Gdyni, debiutu. Bardzo szybko jednak zostajemy wybici z rytmu jako widzowie. Karuzela zdarzeń rozpędza się nieprawdopodobnie po kilku minutach filmu. Niełatwym zadaniem jest niestety pisanie o „Supernovej” tak, aby nie odebrać nikomu przyjemności z oglądania jej po raz pierwszy. Postaram się zatem zrobić to tak bezkolizyjnie, jak tylko potrafię.
Choć reżyser w jednym z wywiadów nazywa swój debiutancki obraz „filmem akcji” jest to określenie dość przewrotne. Nie da się zaprzeczyć, że sytuacja w filmie rozwija się dosyć gwałtownie a napięcie rośnie z minuty na minutę, ale nietypowe są środki, jakimi do osiągnięcia tego efektu posłużyli się twórcy. Klaudia słusznie zwróciła uwagę na bliskie plany i długie ujęcia, które nadają „Supernovej” niemalże dokumentalny charakter. Ważna jest także jedność czasu, miejsca i akcji, która faktycznie nawiązuje do greckiej tragedii. Warto jednak zauważyć, że nie tylko forma samego dzieła, ale i sytuacja, w której postawieni zostają bohaterowie przywodzi na myśl konflikt tragiczny Edypa czy Antygony. Protagoniści Kruhlika nie mają łatwo. Każdy kolejny ruch prowadzi do coraz trudniejszych wyborów, coraz większego cierpienia. Widać jednak gołym okiem, że właśnie to fascynuje reżysera. Nie rozpędzone karetki na sygnale czy wrzeszczący tłum, ale prawdziwe wojny rozgrywające się w głowach większości postaci.
Bardzo ważna w filmie, jak pisze Klaudia, jest rola przypadku. Dodałbym tylko, iż przypadku skontrastowanego z przeznaczeniem. Co miało się wydarzyć a co nie musiało? Może to większy plan, może Bóg tak chciał, a może to po prostu głupota i brak wyobraźni bohatera, którego zagrał Marcin Hycnar? Na te pytania nie dostajemy oczywiście odpowiedzi, ale już sama refleksja wystarczająco mocno pobudza wyobraźnię.
Do przytoczonej przez Klaudię definicji Supernovej dorzucę z kolei myśl Bartosza Kruhlika, który jedną z ostatnich scen filmu nazywa wyraźnym katharsis. Miałoby to odniesienie zarówno do antycznych wzorców, jak i samego, tak wyjątkowego zjawiska. Jeden błysk, który przynosi zarówno śmierć, jak i odrodzenie. Interpretację względem filmu najlepiej zbudować indywidualnie. Życie w każdym razie toczy się dalej, wraz ze swoimi tragediami, dylematami oraz – co bardzo ważne – podziałami, które trochę wbrew woli Kruhlika, stały się tematem numer jeden „Supernovej”. Ten skromny obraz, rozegrany w czasie rzeczywistym na wiejskiej drodze ma faktycznie potencjał na pewnego rodzaju manifest polityczny, jednak nie to było najprawdopodobniej głównym założeniem. Dlatego też pozwolę sobie nie zgodzić się z Klaudią jeśli chodzi o przełamywanie schematów, bowiem to właśnie wątki bogatego i wpływowego polityka czy zupełnie bezradnej policji, nakreślone nieco zbyt grubą kreską, narzucają odbiór filmu w kluczu aktualnej sytuacji naszego kraju – pełnej podziałów światopoglądowych, partyjnych czy klasowych. Zamiast na walce z systemem, bohaterowie skupiają się raczej na walce z samym sobą i to w filmie udało się wyśmienicie.
Reżyser pokazał nam kawałek bardzo dobrego, autorskiego kina. Sam przyznaje, że miał pełną swobodę twórczą, co bardzo przełożyło się na jakość filmu. Oby tak dalej – czekam z niecierpliwością (szczególnie, że w planach jest podobno druga część)!


