
NADZWYCZAJNI
To zmyłka, gdy mówią, że komedia. Drugi film duetu Olivier Nakache i Éric Toledano (po przebojowych „Nietykalnych”) bywa z pierwszym zestawiany i plasowany w tej samej kategorii. Słusznie, jeśli chodzi o temat: znów niekonwencjonalna pomoc niesiona niepełnosprawnym. Błędnie, jeśli chodzi o formę, bo więcej tu różnic niż podobieństw. Zostanę więc przy etykiecie „kino społeczne”, potwierdzę, że zakończenie nie przygnębia, a ciepły uśmiech – powołany do istnienia słowem i sytuacją – może wzruszać (a nawet uszlachetniać).
Jeśli już z czymś zestawiać „Nadzwyczajnych”, to proponuję z „Błędem systemu”, który można było obejrzeć podczas tegorocznego Tygodnia Kina Niemieckiego. W repertuarze kin niemiecki kandydat do Oscara pojawi się już w styczniu. Anonsuję, że to film-petarda. Spoiwem jest sytuacja ludzi (zwłaszcza dzieci) niechcianych, „nie do wytrzymania”, z którymi nie radzą sobie powołane do tego instytucje. Nie dlatego nawet, by nie chciały. Nie potrafią. A widz przyglądając się temu, pokornieje, czując, że też byłby bezradny. W obu filmach mamy więc nie tyle oskarżenie systemu, ile opowieść o gorzkiej mądrości opiekunów, syzyfowym uporze, potędze myślenia sercem i podejmowania ryzyka. A także o samotności tych, którzy tak wiele barier i ograniczeń mają w głowie czy w ciele i uciec przed tym nie mogą. Opowieść to także o rodzinach, o ludziach, którym miłości już nie starcza lub nie wiedzą, jak kochać.
Słowem: „Nadzwyczajni” są na serio.
Bruno (Vincent Cassel) i Malik (Reda Kateb), żyd i muzułmanin, działają w ramach stowarzyszenia, które zgarnia „beznadziejne przypadki” i działa jak umie, a większość tego bractwa nie posiada formalnych kwalifikacji. Nie mają też finansowego i socjalnego zaplecza. Co mają? Mają na karku komisję zafiksowaną na przestrzeganie procedur i mnóstwo codziennych wyzwań, które zawłaszczają ich życie prywatne. Do tego stopnia, że jedno zdanie i jeden kadr mówią coś o życiu rodzinnym Malika, a kilka zakłóconych sziduchów (randek) ilustruje samotność Brunona. Dodajmy, że młodzi pomocnicy to naturszczycy, z których jeden przechodzi na naszych oczach pewną ewolucję, pozostali są bohaterami epizodów. Można zgadywać (jeśli się filmu jeszcze nie widziało) i potwierdzać, że tym, co napędza fabułę nie są perypetie bohaterów. Bruno, Malik, Dylan i inni wirują w niekończącym się rytmie codziennie podejmowanych prób. Zdarzają się sytuacje ekstremalne, ale w przewadze są kolejne małe kroki, czasem tak drobne, że wydają się niewidoczne – lub minimalne jak postępy Josepha, który nieodmiennie pociąga za hamulec bezpieczeństwa, ale – ! – odrobinę dalej od punktu startowego, więc może kiedyś cudem dotrze na końcową stację metra.
Joseph, nieprzystosowany do życia i nastoletni Valentin z kaskiem ochronnym na głowie i zdiagnozowanym głębokim autyzmem – to najwyraźniej przedstawieni outsiderzy, którym swój czas oddaje Bruno, Malik i ekipa.
Zaczęłam od tego, że film nie usiłuje widza zabawiać. Nie szuka efektownych gagów (czym zapadli nam w pamięć „Nietykalni”). Ale napięcie jest niesamowite. Chaos, konieczność improwizacji, natłok nieprzewidywalnych akcji, synchronia zdarzeń, nad którymi Bruno ledwie panuje – udzielają się widzowi. I trudno mi sobie wyobrazić, by nie przenosiła się na widza wpisana w film obserwacja, że jeśli nie wiadomo, co robić, trzeba działać po omacku i wytrwale. Nie obojętnieć.
Bruno objaśnia Dylanowi przypadek Valentina i puentuje: „– Właściwie to nie wiem, czy tak jest. Ja to sobie tak wyobrażam. Ale wiem, że trzeba go stąd wyciągać w świat” (parafraza). Jedno z ważniejszych w tym filmie zdań. Jeśli można z „Nadzwyczajnych” wyciągnąć krzepiące przesłanie, to przecież nie takie wcale, że wszystko będzie dobrze, ale że możemy znów spróbować o to zawalczyć. I czekać, aż Valentin podejmie decyzję, by odrobinę mniej się izolować, a Joseph przejedzie bez hamowania pół stacji dalej.
Dorzucę jeszcze puentę Malika, który zniechęconemu pomocnikowi (znów Dylanowi) mówi, że nie w tym rzecz, by nie zrobić błędu. I że to rozpoczynanie od nowa to nie jest jakaś świętość czy poświęcenie (nomen omen). Bo sedno w tym, że pomaganie usensownia ci życie. Niewykluczone przecież, że cierpliwość wobec „beznadziejnych przypadków” jest szansą na wolniutkie ratowanie samego siebie. A mama Josepha mówi, że ludzi dzieli się na dwie kategorie: obojętny tłum i otwarte jednostki.


