
Sporo nagród, a pula jeszcze nie domknięta. Od 6 grudnia na Netfliksie. Polecają: Maja i Dominika. A my polecamy ich rekomendacje. Maja zaleca wiedzieć przed seansem jak najmniej (jej głos szanuje tę ciszę), Dominika proponuje kilka interpretacyjnych tropów. O niczym tu nie rozstrzygamy – tym bardziej, że Noah Baumbach zrobił film, który takich rozstrzygnięć się wystrzega.
Rekomenduje: Maja Andrzejewska
„Historia małżeńska” to wcale nie kolejna opowieść o tym, jak – mimo przeciwności losu i starć charakterów – powoli tworzy się związek. Wręcz przeciwnie, to rzecz o rozpadzie. Naszych bohaterów poznajemy na progu rozwodu, a otwierająca scena, składająca się z nieprzypadkowych retrospekcji i pozwalająca uwierzyć w bliskość Nicole i Charliego, cudownie kontrastuje z tym, co zobaczymy później.
Oglądałam, nie wiedząc o filmie nic, nie czytając recenzji i nie podglądając zwiastunów. Polecam wybrać się na seans w ten sposób. Tym bardziej, że film Baumbacha jest nieoczywisty, a nasze sympatie do bohaterów i ustalanie, kto ma rację, niezmiennie balansują. Warto więc niczego z góry nie zakładać. Mnie od początku zauroczyła autentyczność sytuacji i dialogów, prawdziwość emocji Nicole i Charliego, które przebijają czwartą ścianę, by dotrzeć do widza. Wierzymy w tę historię – a jest to zasługą nie tylko scenariusza, ale też świetnej gry Scarlett Johansson i Adama Drivera.
Muszę przyznać, że dałam się ponieść i z początku patrzyłam schematami: to jest dobre, a to złe. Później odkryłam, że nic tu nie jest czarno-białe, są tylko odcienie szarości, a szarość wcale nie jest nudna i brzydka. Wręcz przeciwnie- „Historia małżeńska” oferuje taką skalę niejaskrawych barw, że to jedna z bogatszych palet szarości, jakie miałam okazję zobaczyć na ekranie w tym roku.
Dlaczego? Stonowanie zwyczajnie pomaga osiągnąć wcześniej wspomnianą autentyczność i wciąga w historię – spokojną, pozbawioną wybuchów i szybkich akcji, mimo to pełną energii, która z czegoś musi wypływać. Z własnych doświadczeń scenicznych wiem, że zmiana jest podstawą dobrej sceny. Chyba o to chodzi w tym filmie. Wpatrzona w świetnie zaaranżowane sceny i wsłuchana w każde wypowiedziane słowo podążałam za zmianami, które powoli budowały tę opowieść. Jednak gdy teraz staram się odtworzyć to, co zobaczyłam, widzę w głowie dynamiczne obrazy.
Co się dzieje na ekranie? Razem z głównymi bohaterami rozbieramy powody, dla których dziesięcioletni związek nie może trwać już dłużej. Znajdujemy własne prawdy albo udajemy, że nie powinniśmy ich szukać. Świetnie bawiłam się przy tej karuzeli emocji, bo scen humorystycznych nie brakowało. Ale były i takie, które doprowadzały mnie do łez. Można do tego filmu wracać – a to chyba najlepsza rekomendacja, by obejrzeć go chociaż raz.
Rekomenduje: Dominika Stachowiak
WOJNA POKOJOWA (Historia małżeńska)
Pierwsza sekwencja z wymienianiem przez partnerów, co w sobie kochają, może sprawiać wrażenie sielanki, lecz już w tych pierwszych scenach dostrzegamy maluteńkie rysy, tłamszone gdzieś po cichu stają się ogromnymi pęknięciami, których nawet miłość nie przezwycięży.
Nicole i Charlie chcą rozwodu. Nie drą ze sobą kotów i nie są ludźmi, którzy nienawidzą się do szpiku kości. Chcą pokojowo załatwić sprawę, z jak najmniejszą szkodą dla siebie i możliwie bez obciążania ich synka. Niestety, im dalej, tym sprawa bardziej się komplikuje. Film przedstawia nam portret dwojga zagubionych ludzi, którzy stracili wiarę, że znajdą słowa, by sobie nawzajem wszystko wyjaśnić. Powierzają swe losy prawnikom, pozwalają im na manipulacje, na zimne, wyrachowane sądowe przetargi. A sami siedzą z boku, w milczeniu czekając na koniec.
Mimo tylu podobieństw, różni ich coraz więcej. Coraz bardziej rozbieżnie widzą swój związek. Zaskakuje ich reakcja drugiej strony, nie przewidują, jak daleko może się każde z nich posunąć. By mocniej wydobyć nieodwracalność tego, co się dzieje, reżyser sięga po kontrast. A podkreśla to obraz. Bohaterowie zwróceni są ku siebie, lecz często coś ich dzieli – barierki w autobusie, rama okna czy brama, którą sami miedzy sobą zasuwają, choć na siebie patrzą.
Film ujmuje autentycznością. Ma na to wpływ decyzja reżysera, by nie stawać po żadnej ze stron. Nie ma tu dobrych i złych. Emocje zamknięte są w kameralnym obrazie, który przez kolorystykę i ziarnistość kadrów sprawia wrażenie rodzinnego video nagranego na kasecie VHS.
Wiarygodność wzmacnia również gra aktorów. Oboje – Scarlett Johansson i Adam Driver – są tu wspaniali! Driver zachwyca kolejną świetną kreacją. (Akademio, proszę, uwzględnij go w oscarowych typowaniach, bo facetowi się należy!). Scena kłótni to moim zdaniem apogeum koncertowo odegranych emocji. Preludium uprzejmych słówek, dystansu, jakby chodziło o nieistotne negocjacje, aż po furię, w której wściekłość miesza się z rozpaczą i łzami, lecz nawet wtedy Nicole i Charlie nie potrafią się nienawidzić.
Rozwód to cichy dramat i taki właśnie jest ten film. Nie dołuje on jednak i nie dewastuje emocjonalnie, bo zostawia nadzieję. Ocalenie niesie mały gest. Czuły drobiazg, który pozwala wierzyć, że mimo trudnych sytuacji i przeciwności losu, można pozytywnie patrzeć w przyszłość.






KOMENTARZE:
Marcin Łukomski:
Dla mnie „Historia małżeńska” to przede wszystkim opowieść o ludziach zmanipulowanych i wykorzystanych w jednym z najgorszych i najboleśniejszych momentów ich życia. Nicole i Charlie nie zauważają, że tocząc wojnę między sobą, tak naprawdę oboje przegrywają. Warto zwrócić uwagę na to, jak Baumbach stopniowo antagonizuje jednego z bohaterów, by w pewnym momencie odwrócić punkt widzenia i tym samym zburzyć przyjęty przez nas osąd sytuacji.
Renata Borowiak
Otóż. Można obstawiać racje Nicole i racje Charliego (Maja i Dominika zauważają, że jest taka pokusa, ale czym prędzej wycofują się na neutralne stanowiska – „nie ma tu dobrych ani złych”). Racje Nicole ujęły mnie stosunkowo późno (to chyba masz na myśli, sugerując, że ogląd jednej strony ma przewagę – do czasu). Ciekawie to Baumbach prowadzi. Jest wzruszenie i żal, ale jest też nadzieja i to dużej próby, bez ckliwości i sentymentalnych rozwiązań. I jest nawet coś takiego, że choć oboje bohaterowie coś przegrali, to … może jednak nie? Może (ale nie na pewno) to, co się stało, ma jakiś sens. Mimo karykaturalnych manipulantów.
Jakoś nikt nie wspomina, że Nicole i Charlie starli się również w sferze działań twórczych (aktorka i reżyser), a to był mocny stymulator.
Michał Korczyński:
Film absolutnie świetny. Aktorsko rozegrany po mistrzowsku. Trudno momentami uwierzyć, że Johansson i Driver nie improwizują. A zdecydowanie nie improwizują – Baumbach ma podobno wszystkie sceny wymyślone i rozpisane co do słowa.
Co do kwestii win i racji. Kluczowy jest dla mnie ten moment w trakcie najbardziej intensywnej kłótni obojga, gdy zaczynają się oskarżać o to, kto przypomina swoim zachowaniem czyjego ojca lub matkę. Zapętlenie i wielopiętrowość oskarżeń w tej scenie czynią ją wręcz komiczną i wydaje mi się, że taki był zamysł Baumbacha – szukanie winnych i racji musi doprowadzić do absurdu. Ale zdecydowanie najmocniejsza jest dla mnie scena pod koniec filmu (SPOILER ALERT!). Wtedy, gdy Charlie mówi Nicole, że zaczyna pracę na UCLA. Kwestia przenosin do Kalifornii, która była tak ważną i co chwilę powracającą (także w prawniczych gierkach) kwestią dla Nicole, teraz nie znaczy już nic i nic nie zmienia. Poruszająca jest bezradność i żal, które płyną z tej krótkiej sceny (i w sumie trochę ginącej pośród wielu wcześniejszych, bardziej intensywnych).
Renata Borowiak:
Świetnie Baumbach wyważył tonację serio z komizmem, który ujawnia się w najpoważniejszych momentach. Zakładałam, że równie zaskakująco łączy scenariusz z improwizacją. Zaskoczenie.
Praca dla UCLA mi umknęła – a fakt. Oddajesz kartę przetargową, a ona już nic nie waży.
Dorzucę tę scenę w pubie, po rozstaniu, gdy Charlie śpiewa piosenkę. O tym, że ktoś uporczywie był i domagał się Twojego życia (zawłaszczając je, rzecz jasna), ktoś, kto „make me alive, being alive”. Alternatywa jest – jak wiadomo – stanem, w którym tego życia w sobie się nie czuje. Trudno sobie nawet wyobrazić, że coś w temacie drganie.
I choćby to nie była najlepsza scena w filmie, ryzykowna – bo pozornie nienaturalna (jakby z musicalu), to mnie się podoba. Raz, że podziwiam omijanie czułostkowości, a tu jednak występ, więc nie wprost. Dwa, że ciut mi było bliżej do Charliego, a gdy film się kończył – tym bardziej.