
Jakub twierdzi, że nie dla wszystkich. Ale że dla niektórych owszem. Warto odnotować (i przeczytać).
Rekomenduje: Jakub Chojnacki
Najnowszy film Jamesa Mangolda opowiada o starciu tracącej na popularności, amerykańskiej firmy Ford, z brylującym w tamtym czasie na salonach Ferrari, podczas serii wyścigów w 1966 roku, której kulminacja odbyła się na torze Le Mans. Równie ważny jest tu wątek przyjaźni, bez której ta potyczka nie miałaby racji bytu.
Historia od początku do końca jest bardzo przewidywalna; bazuje na hollywoodzkich schematach i dla bardziej wymagającej części widowni może stanowić pewien zawód. Ci jednak, którzy oczekują przede wszystkim dobrej rozrywki, nie zawiodą się. Pomimo iż film trwa dwie i pół godziny, nawet na moment nie daje tego odczuć. Ma świetne tempo, żadna scena nie jest tu niepotrzebna, a każdy wątek został konsekwentnie poprowadzony. Największą zaletą jest realizacja scen na torze wyścigowym; dźwięk pracujących na pełnych obrotach silników wbija w fotel, a ujęcia z kokpitu pozwalają poczuć chociaż namiastkę adrenaliny towarzyszącej kierowcom rajdowym.
W takowych wcielają się tu Christian Bale i Matt Damon. Bale gra tu pierwsze skrzypce i po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z najlepszych aktorów swojego pokolenia. Jego rola na początku może wydawać się jednowymiarowa, kiedy przy każdej okazji wybucha gniewem, ale im dalej w las, tym scenariusz pozwala mu na pokazanie coraz większego wachlarza emocji i stworzenie pełnej postaci, której kibicujemy z zapartym tchem.
Rola Damona, choć nie tak wielka, jest kluczowa i wypada bardzo dobrze, zwłaszcza w scenach z Balem. Warto wspomnieć również o czarnym charakterze, który przerysowany jest do granic możliwości, tak samo zresztą jak wszyscy przedstawiciele Ferrari, co również może być dla niektórych wadą.
Dla wszystkich fanów motoryzacji film obowiązkowy, dla reszty propozycja na przyjemny seans w kinie z dobrym nagłośnieniem.



