THE LIGHTHOUSE

„The Lighthouse” – reż. Robert Eggers, USA 2019

Tajemniczy „The Lighthouse” – już czas najwyższy. Trzy męskie głosy. Trochę zamarudziliśmy, więc głos Pana Profesora już wybrzmiał na fb, ale pisany był dla nas (w każdym razie – przesłany nam na gorąco). Dołącza Patryk i Marcin.

Rekomenduje: Marek Gubański (prof. z VI LO)

Szarość. Ciemność. Wyspa. Między skałami a oceanem – strażnik światła. Obok niego – nowicjusz. Obcy – więc osobno. Ale coraz bliżej, niebezpiecznie blisko. Pierwszy oswoił swoje demony. Drugi dopiero je poznaje. Zdziwiony, przerażony – uczy się.

Surrealistyczna przestrzeń czerni budowana hukiem fal, błyskawicami, świstem wichury, strugami deszczu. Bestie szaleją i wprawiają w szaleństwo. Jawa miesza się z onirycznymi koszmarami. Deliryczne obrazy przebijają świadomość: pije się, by zapić (i zabić) trzeźwość (i pamięć). Być człowiekiem? Być psem? Co za różnica.

W zdemolowanej chacie zdemolowani ludzie. Tłumaczą przekleństwo fatum (wyspy) iście szekspirowskimi monologami. Potrzebują siebie i muszą się zniszczyć. Znają wzajemne mroczne tajemnice. Ucieczka do skalistego azylu nie daje wytchnienia. Światło – obiekt pożądania – ma siłę nieodwracalnej destrukcji. Budzi demony, które już nie zasną. I nie pozwolą wrócić. Nigdy. Być latarnikiem to wydać wyrok na siebie?

Rekomenduje: Patryk Pyrzyński

Człowiek z natury jest ponoć istotą społeczną, potrzebuje więc zbiorowości, by funkcjonować względnie normalnie. A jeśli relacji społecznych zabraknie? Co będzie skutkiem? Szaleństwo, zatracenie, głęboki smutek? Odpowiedź może nam podsunąć Robert Eggers swoim nowym filmem „The Lighthouse”.

Ciekawe jak intensywną niepewność może wykreować czerń i biel. Nie mamy barw, emocje są więc ukryte, a przynajmniej nie na pierwszy rzut oka czytelne. Wspieramy się sugestiami, które podsuwa nam muzyka czy gra aktorska. Mark Korven stworzył niezwykłą ścieżkę dźwiękową, która w połączeniu z nieprzerwanym dźwiękiem wyjącej syreny i krzykiem mew wprowadza widza w filmową otoczkę obłędu i szaleństwa. Niepewność towarzyszy nam nie tylko w scenach grozy, ale również w tych z pogranicza komedii. „Lighthouse” to arcydzieło filmowego klimatu. Widz skupia się na filmie i nie odrywa wzroku od ekranu.

O czym właściwie jest ten film? Odpowiedzieć niełatwo. „Lighthouse” to film o perypetiach dwóch XIX-wiecznych latarników popadających w obłęd. Czy tylko? Nie do końca wiemy, co oglądamy, zrozumieć próbujemy dopiero po wyjściu z sali kinowej, nawet nie od razu. Enigmatyczna aura filmu to – moim zdaniem – jego największa zaleta. Film sprawdza się jako dosłowna historia, ale również jako alegoria współczesnego społeczeństwa.  Mamy tu thriller, dramat i komedię. Nigdy przedtem nie spotkałem się z filmem tak wielowymiarowym, tak nieuchwytnym. Nie jestem pewien, co myśleć o dziele Eggersa, kiedy się śmiać, a kiedy płakać – co tylko upewnia mnie, że jeszcze do filmu wrócę.

Rekomenduje: Marcin Łukomski

W 2015 roku Robert Eggers zaistniał w świecie kina niezależnego swoim filmowym debiutem – historycznym horrorem „Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii”. Po czterech latach doczekaliśmy się jego kolejnego filmu i z łatwością można zauważyć podobieństwa między „Lighthouse” a „Czarownicą”. Oba to wypełnione symboliką i różnymi tropami interpretacyjnymi horrory. Oba skupiają się na odciętych od cywilizacji bohaterach walczących o przetrwanie. I oba skłaniają widza do kwestionowania wszystkiego, co dzieje się na ekranie. Można powiedzieć, że Eggers oba filmy zbudował na tym samym fundamencie. Przy tym widać, że reżyser nadal eksperymentuje ze swoim stylem, prowadząc nowy film w innym kierunku, dzięki czemu podczas seansu podobieństwa do „Czarownicy” są prawie nieodczuwalne.

W „Lighthouse” śledzimy losy dwóch mężczyzn zajmujących się latarnią morską na małej wysepce odizolowanej od reszty świata, którzy pod wpływem dni spędzonych w samotności stopniowo popadają w szaleństwo. Ta dość prosta koncepcja wystarczy, by utrzymać widza w ciągłym napięciu. Nie wiedząc jak realne jest zagrożenie czyhające na parę latarników, ani w jakim stopniu możemy im w ogóle ufać, pozostajemy wiecznie czujni, próbując ocenić, co zdarzyło się naprawdę, a co było jedynie halucynacją lub wymysłem jednego z bohaterów. Niestety, z tej koncepcji wynika również większość wad produkcji, których Eggersowi w poprzednim filmie udało się uniknąć. Pogrążenie opowieści w szaleństwie bez zostawienia nam żadnego punktu odniesienia  i skupienie się na wielu tropach interpretacji sprawia, że opowieść nie ma wyraźnego przekazu i sprawia wrażenie, że donikąd nie prowadzi. Momentami wręcz ma się poczucie, że reżyser przedłożył uniwersalność historii i gęsty klimat nad samą fabułę.

Warto jednak przymknąć na to oko, między innymi ze względu na fantastyczną grę aktorską, zarówno Roberta Pattisona, jak i Willema Dafoe. Zaledwie dwóch utalentowanych aktorów wystarczyło, by „Lighthouse” poziomem aktorstwa przewyższyło większość niedawno wypuszczonych do kin filmów. Szczególny podziw należy się również autorowi zdjęć. Jarin Blaschke, który współpracował z Eggersem przy jego poprzednim projekcie, używa ciekawych środków do zbudowania wszechobecnego w filmie klimatu grozy i niepewności. Wąski format ekranu oddaje klaustrofobię małej wysepki, a wędrująca kamera, która dowolnie porusza się po wyspie, nie zważając na bohaterów, w połączeniu z sennymi sekwencjami umacnia złowieszczą atmosferę tej historii.

„Lighthouse” to przede wszystkim film wciągający widza swoim klimatem i robiący wrażenie aspektami technicznymi. Od pracy kamery, przez montaż, po fenomenalną grę aktorską. I w tych kategoriach radzi sobie świetnie, niestety, zaniedbując nieco oryginalność fabuły. Jednak pozytywne aspekty filmu Eggersa zdecydowanie przeważają te negatywne, dzięki czemu bez wahania mogę nazwać go jednym z lepszych filmów tego roku.

Robert Pattison (Ephraim Winslow) i Willem Dafoe (Thomas Wake)
Robert Pattison

Dodaj komentarz