IRLANDCZYK

„Irlandczyk” (Irishman) – reż. Martin Scorsese, USA 2019

„The Irishman” (210`) – tego się nie da ująć w dwa słowa, dlatego rekomendujemy w dwugłosie (Jakub i Michał).

Rekomenduje: Jakub Chojnacki

Martina Scorsese nie trzeba nikomu przedstawiać. Każdy projekt jednego z najwybitniejszych reżyserów w historii jest swego rodzaju świętem w świecie kina. „Irlandczyk” był jednak filmem oczekiwanym szczególnie, gdyż Scorsese po ponad dwudziestu latach powraca do współpracy z Robertem De Niro i Joe Pescim, a na dodatek zaangażowana została kolejna legenda – Al Pacino. Czy film sprostał oczekiwaniom?

Pierwszym, co rzuca się w oczy jest metraż, bo choć Scorsese ma w swoim dorobku trzygodzinne produkcje, to „Irlandczyk” jest filmem o zupełnie innym wydźwięku od poprzednich. Przez pierwsze kilkanaście minut obserwujemy głównego bohatera wchodzącego w struktury mafijne i możemy odnieść wrażenie, że będzie to powtórka z „Chłopców z ferajny”, ale nic podobnego. Reżyser idzie tu o krok dalej i opowiada historię dojrzalszą, na większą skalę, której nie mógłby nakręcić wcześniej. „Irlandczyk” najbardziej różni się od ostatnich filmów gangsterskich Scorsese („Infiltracja”, „Wilk z Wall Street”) tempem. Nie spieszy się w żadnym momencie, w każdym dialogu możemy obserwować reakcje bohaterów i snuć domysły – kto zwycięży, a kto już niedługo będzie gryzł ziemię.

Robert De Niro i Joe Pesci pokazują tu nowe twarze. Nie ma wybuchów złości, nie ma nieoczekiwanych gróźb, wszystko rozgrywa się w spojrzeniach i drobnych gestach. Koncert aktorski daje tu Al Pacino. Za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie, obserwujemy wulkan energii. Jego sceny z De Niro będą dla każdego kinomana czymś niezwykłym. Spotkaniem dwóch legend, które są już jednak u schyłku swoich karier i „Irlandczyk” jest pewnym zakończeniem, domknięciem i podsumowaniem ery kina gangsterskiego. Porusza tematy rzadko występujące w filmografii Scorsese – śmierci i przemijania. I to właśnie jest jego największą wadą, a jednocześnie zaletą, gdyż docenić go można dopiero będąc w odpowiednim wieku i po pewnych doświadczeniach, a dla każdego to będzie inny moment w życiu.

Czy Irlandczyka będziemy więc w przyszłości wymieniali obok takich dzieł jak „Ojciec Chrzestny” czy „Dawno temu w Ameryce”? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam po seansie.

„IRLANDCZYK”

Rekomenduje: Michał Korczyński​

Oczekiwania były ogromne, co często wieszczy niechybną porażkę. „Ale to w końcu Scorsese” – uspokajali jedni. „No dobrze, ale aż trzy i pół godziny…” – drążyli wątpliwości inni. Do tego cała lista argumentów, że „Irlandczyk” jest w jakimś sensie „naj” (najdroższa produkcja serwisu Netflix, najdłuższy film Scorsese itd.), albo że pod jakimś względem jest pierwszy (pierwsza współpraca reżysera z Alem Pacino, pierwsza wspólna obecność na ekranie wielkiej trójki: De Niro, Pacino, Pesci itp.). Zacznijmy zatem od końca – w moim odczuciu oczekiwaniom nie udało się sprostać, film rozczarowuje, ale jednocześnie chyba zbyt surowym byłoby jego kompletne pogrzebanie.

Wiadomo, że kino gangsterskie to dla Martina Scorsese nie pierwszyzna. Jego wcześniejsze filmy mieszczące się w tej poetyce to bardzo wyrazisty głos, który z kolei stanowił – obficie wypełnioną przemocą – odpowiedź na swoisty romantyzm serii „Ojciec Chrzestny” Francisa Forda Coppoli. Scorsese dał nam do zrozumienia, że życie gangstera z romantyzmu jest całkowicie odarte. W „Chłopakach z ferajny” i „Kasynie” po owym odarciu pozostała przede wszystkim przemoc i cynizm. W „Irlandczyku” jest to natomiast zmęczenie, gorycz, samotność, a jeśli już przemoc, to raczej nie w afekcie, czy z wyrachowania, ale raczej w poczuciu, że „tak trzeba”. Sam ten zwrot w wykonaniu Scorsese wydaje się być interesujący, pojawia się jednak pytanie, czy faktycznie potrzebny. Czy naprawdę losy starzejących się gangsterów, którzy z rzadka oglądają się za siebie z krytycyzmem, mogą być w jakikolwiek sposób angażujące? Nie mam tutaj oczywiście na myśli ewentualnego utożsamiania się z bohaterami, ale przynajmniej zaintrygowanie ich losami. A z tym jest krucho. Pomimo że kilka dekad mafijnego życia Franka Sheerana wydaje być wypełnione zdarzeniami aż proszącymi się o ekranizację, to jednak ostatecznie trudno się tym życiem przejąć. Chociażby tak jak przejmowały nas losy Tony’ego Soprano, niby też gangstera, ale sportretowanego jednak w zupełnie inny sposób. Innymi słowy, po „Rodzinie Soprano” chyba znacznie trudniej snuć mafijne sagi – widzowie mogą wymagać więcej.

Przy wspomnianych słabościach filmu o wiele większym obciążeniem staje się jego długość. Trzeba mieć naprawdę dobre powody, by porwać się na tak rozciągniętą w czasie opowieść. Gdy więc ta ostatnia szwankuje i wyraźnie się rwie, znużenie staję momentami dojmujące. A niekoniecznie musiało tak być, czego dowodem jest sekwencja dotycząca zniknięcia Jimmy’ego Hoffy. Od momentu, gdy pojawiają się pierwsze przesłanki tego, co ma się wydarzyć, do faktycznej kulminacji mija kilkadziesiąt minut, ale jest to najbardziej emocjonujący fragment filmu i nawet ktoś znający doskonale tę historię akurat przez te trzy kwadranse raczej nie spoglądał na zegarek.

„Ale to w końcu Scorsese”, wróćmy do tego argumentu, nie spisując całkowicie „Irlandczyka” na straty. Czy jest coś co ratuje ten film? Aktorstwo, bez wątpienia, ale chyba nie tam, gdzie spodziewalibyśmy się tego najbardziej. Moim zdaniem, zdecydowanie najlepiej wypada Joe Pesci, u którego rezygnacja i poczucie przegranej właściwie już od samego początku wygrane są najciekawiej. To Pesci zupełnie inny niż choćby w swojej oscarowej roli z „Chłopaków z ferajny” i ten kontrast najdobitniej dowodzi jak świetną kreację stworzył ów aktor (który przecież miał już w ogóle na ekran nie wrócić). De Niro i Pacino grają na swoim – wysokim – poziomie, ale niestety też „w swoim stylu”, więc zaskoczeń tutaj nie ma. Pod względem aktorskim bardzo jasnym punktem jest też dla mnie Anna Paquin w roli córki głównego bohatera. Niby pozostająca w cieniu (jak większość kobiet „mafijnego uniwersum”), ale oddająca swoimi kilkoma, w większości milczącymi, pojawieniami się na ekranie intensywność emocji i poczucia żalu, które pojawiają się, gdy podejrzenia o życiu ojca zamieniają się w pewność.

Na pewno musi imponować rozmach wizualny i fabularny filmu. Jeśli chodzi o tę drugą kwestię, to warto potropić w sieci kilka wybranych postaci, nawet epizodycznych. To pozwala uświadomić sobie, ile roboty wykonano, by możliwie najwierniej oddać opowiadaną historię, uwzględnić i powiązać ze sobą losy poszczególnych osób, odtworzyć prawdziwe wydarzenia. Oczywiście, duża w tym zasługa książki będącej podstawą scenariusza, ale sfilmować pewne rzeczy jest zdecydowanie trudniej niż je opisać, tutaj więc chapeau bas. Nie zmienia to jednak faktu, że przyglądając się ostatnim premierom streamingowego giganta, stwierdzić należy, że rozmach to nie zawsze – a może nawet rzadko kiedy – sprzymierzeniec wybitnego kina, czasem wygrywa po prostu kameralność opowieści i minimalizm stosowanych środków (vide „Historia małżeńska”).

Al Pacino (Jimmy Hoffa) i Robert De Niro (Frank Sheeran)
Joe Pesci (Russel Bufalino)
Lucy Gallina (mała Peggy Sheeran, córka Franka)i Al Pacino (Jimmy Hoffa)
Anna Paquin (Peggy Sheeran, córka Franka)

Komentarze:

Dominik Wierski:
Ja jestem na tak, ale może trudno mi być obiektywnym. Z przytoczonymi przez Autorów zaletami „Irlandczyka” w pełni się zgadzam, natomiast metraż dla mnie nie był problemem, a i opowieść wydawała mi się spójna, bez zdecydowanie słabszych momentów. Sekwencja kulminacyjna moim zdaniem perfekcyjna. Pesci genialny, oczywiście. Trochę się przestraszyłem, gdy Pacino zaczyna od „tradycyjnej” przemowy, na szczęście później ma okazję, by pokazać wiele niuansów swej postaci. To film o mafii, ale przecież też o polityce. Scorsese ma tu wigor jak Oliver Stone w swoich najlepszych filmach („JFK” i zwłaszcza „Nixon”). Trzy najfajniejsze amerykańskie filmy roku i po dwie role Pacino i De Niro – yeah!

Dodaj komentarz