
Cóż, już po tytułach rekomendacji widać, że zdania podzielone. I tak kończy się saga i rok…
GWIEZDNE WOJNY: SKYWALKER. ODRODZENIE
Rekomenduje: Gosia Czaykowska
SKYWALKER. SROMOTNA KLĘSKA
(bez spojlerów)
Muszę przyznać, że nie weszłam do sali kinowej bez pewnych czysto fanowskich oczekiwań wobec najnowszego epizodu „Gwiezdnych wojen”. Chciałam, by ten film spełnił się w mniejszym lub większym stopniu w trzech rolach: samodzielnej produkcji, zakończenia trylogii i satysfakcjonującego zwieńczenia sagi Skywalkerów.
Niestety, w tym wypadku niezdarność polskiego tłumaczenia tytułu pasuje do filmu bardziej niż pompatyczny angielski oryginał.
„Skywalker. Odrodzenie” jest doskonałym przykładem tego, jak nie kręcić przygodówek i jak nie rozkładać napięcia. Szybko porzucamy wątki, skaczemy od sceny do sceny, a one często kończą się w dziwnych momentach. Pojawiają się liczne niedopowiedzenia, a niewykorzystany potencjał niektórych interakcji aż razi. Być może na blu-ray wyjdzie wersja reżyserska, z której dowiemy się, co się dalej zdarzyło w poszczególnych momentach, bo J.J. Abrams ucina swoją narrację w połowie zdania. Technika montażu zdaje się potwierdzać moją teorię: jest bardzo, bardzo widoczna, szczególnie na początku. Nie musimy zgadywać, w którym momencie montażysta kliknął myszką – produkcja składa się z nagromadzonych urywków i ścinków scen. „Odrodzenie” zlepia ze sobą poszczególne klipy łatwo widoczną szarą taśmą, co w całości pozbawia film jakiejkolwiek płynności.
Dlatego przygoda, na którą wyruszają nasi bohaterowie, nie jest łatwa do zrozumienia. Przechodzimy od punktu A do punktu B pośpiesznie, nawet nie zdążając w pełni pojąć sytuacji z punktu A, gdy na horyzoncie już pojawiają się C i kolejne literki alfabetu. Nie pomaga również wyżej wspomniany problem napięcia, które nie ma czasu narastać. Twórcy chcą jednak, by ich widz przejmował się losem pozbawionych osobowości figurek na ekranie, po czym odetchnął z ulgą, kiedy następny niedorzeczny problem jest rozwiązany w banalny, łatwy do przewidzenia sposób. Dziewiąty epizod ma kilka punktów kulminacyjnych i zwrotów akcji, z których każdy dotyczy innego wątku, ale żaden nie jest satysfakcjonujący i żaden ostatecznie nie ma do końca sensu.
Winą za taką porażkę należy w pełni obarczyć scenariusz – jest on przekombinowany, niejasny, starający się zmieścić w swoje 2 godziny i 20 minut czasu ekranowego kilka filmów. Twórcy starają się wyjaśnić tajemnice z przeszłości, obecne położenie bohaterów, odwiedzić nowe światy i wygrać wojnę, ale ich próby kończą się porażkami. Można by śmiać się z nieporadności zawiłych, nielogicznych rozwiązań, które oferują nam scenarzyści Chris Terrio i J.J. Abrams. Niestety, jak na dłoni widać różnice w kreatywności między „Ostatnim Jedi” i „Odrodzeniem” oraz to, że Abrams i Terrio desperacko próbują zmienić kurs wytyczony przez Riana Johnsona i nawrócić trylogię na swoją modłę. Nie udaje im się to, a przez to każda chwila przesycona jest sztucznością.
Co gorsza, nienaturalności niektórych kwestii nie jest w stanie zakryć nawet charyzma obsady. Daisy Ridley, John Boyega i Oscar Isaacs czarują nadal, ale nawet ich gra jakoś odstaje od poprzednich występów w „Gwiezdnych Wojnach”. Adam Driver robi, co może ze swoją rolą, ale nawet wysiłek tak rasowego aktora nie pozwala nam zapomnieć o całej reszcie tego nonsensu.
Niezręczna tytułowa kropka trafnie symbolizuje spójność tematyczną filmu. Pojawiają się oczywiście tropy uniwersalne i obowiązkowe dla każdej części „Gwiezdnych Wojen”: miłość, rodzina i nadzieja. Scenarzyści nieskutecznie próbują nas przekonać, że rzeczywiście spełniają szlachetne obietnice wynikające z tych haseł. Gotowy obraz na ekranie jest zupełnie oddzielony od osnowy tematycznej, chociaż próbuje się w nią wpasować. Trudno dyskutować o tym aspekcie bez zdradzania treści samej fabuły. Dość powiedzieć, że nie wynika ona z niczego, co widzieliśmy we wcześniejszych odsłonach disneyowskiej trylogii, ani w ogóle w „Gwiezdnych wojnach”. Ta część zupełnie się zapomina w trakcie usilnego poszukiwania złotego środka, który zadowoliłby wszystkich potencjalnych widzów i ponosi spektakularną porażkę.
Trzeba jednak oddać „Odrodzeniu”, że nie zawodzi od strony wizualnej. Wiele kadrów można zapamiętać jako obrazy – oddające rozmach galaktyki i emocjonalne tło zdarzeń. Nie brakuje kolorów, pomysłowych designów, grozy i fantastyki. Jednak te walory są jedynie pozytywną kropelką w całym morzu żenady.
Każdy byłby w stanie wybaczyć baśni w kosmosie jej wady, gdyby pozostała podnoszącą na duchu opowieścią skierowaną zarówno do dzieci, jak i dorosłych. Dlatego najsmutniejsze jest to, że film nie jest w stanie sprawić, by ktoś poczuł się lepiej po wyjściu z sali kinowej. Wręcz przeciwnie – tytuł obiecuje nadzieję, a ostateczny produkt oferuje jedynie przygnębiającą grecką tragedię.
CZY JEST NAPRAWDĘ AŻ TAK ŹLE?
(próba obrony)
Rekomenduje: Kuba Marszałkiewicz
Na dziewiąty epizod „Gwiezdnych Wojen” wybrałem się trzy dni po przedpremierze, kiedy internet wrzał już od krytycznych komentarzy. Nagłówków nie dało się nie zauważyć. Oglądałem więc z myślą, że film nie jest udany, jednak po seansie jestem gotów go bronić.
Warto zaznaczyć, że nie miałem wielkich) oczekiwań co do zakończenia sagi George’a Lucasa. Byłem po prostu ciekaw, co z historią dopowiedzianą przez Riana Johnsona po „Przebudzeniu mocy zrobi powracający do trylogii J.J. Abrams.
„Skywalker. Odrodzenie” to chyba najbardziej dynamicznie zmontowany film sagi. I jest to jego niewątpliwa zaleta. Nie można narzekać na brak akcji. Oczywiście, zdarzają się momenty wytchnienia, jednak nie ma w dziewiątce takiego, który można by uznać za zbędny i po prostu nudny. Akcja jest wartka i prowadzi do czasem zaskakujących punktów kulminacyjnych. Warto zaznaczyć, że zaskoczeń jest sporo. Dotyczą kwestii różnej wagi i mogą wprawić widza w osłupienie.
Miło było zobaczyć na ekranie powrót do korzeni (i nie chodzi tu tylko o zawitanie do kilku znanych z wcześniejszych filmów układów planetarnych). Abrams w „Odrodzeniu” wprowadza elementy charakterystyczne dla sagi, których wcześniej w nowej trylogii brakowało, albo po prostu było ich co kot napłakał. Wraca zaczerpnięty od Lucasa humor (np. ten związany z C-3PO).
Jednak – zgodzę się – drugi film Abramsa w trylogii ma też kilka wad. Po pierwszym obejrzeniu niektóre wątki wydawały mi się bardzo absurdalne, wręcz zniechęcały. Choćby huczny powrót Imperatora Palpatine’a, aż zanadto akcentujący mistyczny aspekt Mocy. Drugi seans mnie do pewnego stopnia przekonał. Jestem w stanie uwierzyć w tę historię, chociaż nadal pozostaje niesmak lekkiej przesady i poczucie zbyt mocnego skrętu w wersję fantasy.
Na jakość filmu mocno rzutuje śmierć Carrie Fisher. Sceny z Leią to zbieranina wycinków z poprzednich filmów posklejana w jeden wątek. Mimo starań nie jest to dla mnie treść przekonująca, szczególnie w momentach, kiedy inne postacie muszą dopowiadać jej kwestie, dość znaczące dla fabuły.
Film mi się mimo wszystko podobał. Można się sprzeczać, czy jest to najlepsze z możliwych zakończeń sagi, ale po co? Ja wolę się cieszyć filmem, który jest szybki, dynamiczny, zaskakujący i dobrze kończy trylogię sequeli oraz całą sagę. Zdecydowanie nie warto negatywnie nastawiać się przed seansem i spróbować uodpornić się na wszechobecne narzekania.




