
No cóż, trudno. Nie wszystko złoto, co się świeci, czasem „gorące” wcale nie parzy. Odnotowujemy, że jest taki film, który można zobaczyć, ale kto przeoczy, ten wiele nie straci. Nie rozbijamy „rekomendacji” na głosy, bo jesteśmy zgodne, że to niewypał.
Rekomenduje: Klaudia Kozłowska (dopowiada między wierszami: Renata Borowiak)
Liczyłam na to, że „Gorący temat” będzie gorący – okazał się letni. Rozczarował, pozostawił niedosyt i – obudził pretensję, że zmarnowano ważny temat. Co prawda o „#metoo” usłyszeliśmy już wiele, wiemy, w czym rzecz i znamy mnóstwo historii podobnych do tej, którą w swym filmie opowiada Jay Roach. Ale to nie znaczy, że nie ma o czym mówić. Właśnie jest! I może byłoby lepiej, gdyby dramaturgia zbudowana była nie wokół ujawniania „tajemnicy”, lecz wokół wahań i przezwyciężania wewnętrznych blokad. Gdyby telewizyjny ekran częściej schodził na drugi plan, ustępując miejsca lustrom.
Akcja – oparta na prawdziwej historii – rozgrywa się w 2016 roku (jest więc wobec ruchu #metoo pionierska). To historia trzech kobiet zatrudnionych w telewizji Fox News, molestowanych przez jej szefa Rogera Ailesa (John Lithgew – dość niefortunnie obsadzony, bo mocno kojarzy się z rolą premiera w „The Crown”).
Najmłodsza z kobiet to postać fikcyjna – Kayla Pospsil (Margot Robbie). Łączy w sobie historie wielu innych (asystentek, producentek, dziennikarek), bardzo ambitnych, szukających szans, by zaistnieć. Postacią centralną jest natomiast Gretchen Carlson (Nicole Kidman) – to ona pierwsza idzie na wojnę z szefem. Reżyser odsunął ją jednak na drugi plan. Mimo kluczowej roli wypada niewyraźnie. Nikt jej nie lubił w telewizyjnym studio i widz również z trudem angażuje się w jej problemy. Zdecydowała się oskarżyć Ailesa, gdy ten – karząc ją za nieposłuszeństwo – niszczy jej karierę. Jej historię poznajemy tylko częściowo, z zeznań przed prawnikami. Bohaterką pierwszoplanową jest Megyn Kelly (w tej roli nominowana do Oscara Charlize Theron). Kobieta u szczytu sławy – niegdyś od Ailesa zależna, teraz gwiazda publicystyki, słynąca z brawurowych ripost i odważnych pytań. To jej perspektywa dominuje.
Charlize Theron jest świetnie ucharakteryzowana, błyskotliwa w polemicznym sparingu z Donaldem Trumpem, któremu w trakcie kampanii prezydenckiej zarzucała protekcjonalny, arogancki stosunek do kobiet. Skupia uwagę widza. Oprowadza po telewizyjnym studio i odsłania trochę swojej prywatności. Ale i tak jej decyzja, by wesprzeć Carlson i oskarżyć pełnym głosem Rogera Ailesa objawia się nam nagle i niedostatecznie przekonująco wypada.
Oczywiście, słusznie, że temat nadużyć Ailesa wypłynął, że bunt zakończył się triumfem poszkodowanej (gorzki to triumf, jeśli zauważyć, że odszkodowanie jest niższe niż odprawa zwolnionego szefa Fox News). Trudno jednak uznać film Jaya Roacha za choćby odrobinę odkrywczy. Nie zostanie na długo w pamięci. Za dużo w nim jest szumu telewizyjnego i przeskakiwania z jednej postaci na drugą. Brak w nim spójności i świeżości spojrzenia. Zarzuty dotyczą więc również scenarzysty. Co akurat dziwne, bo to przecież mistrz – Charles Randolph, którego pięć lat temu nagrodzono Oscarem za scenariusz do filmu „Big Short” (2015).
Jeśli więc założyć, że Charlize Theron nie otrzyma Oscara, w kategorii „najlepsza aktorka pierwszoplanowa” liczą się dwa nazwiska. Scarlett czy Saoirse? Saoirse czy Scarlett?

