MONOS

„Monos” – reż. Alejandro Landes, Kolumbia &co 2019

To nie jest rozrywka. Nowohoryzontowy film. Specjalna Nagroda Jury w Sundance (2019). Już to jest zachętą. A poniżej rekomendacja Marcina, który sprawdził naocznie w czym rzecz.

Rekomenduje: Marcin Łukomski

CZŁEKOKSZTAŁTNI

Na starcie przyznam, że nie jestem wielkim fanem filmów pokroju „Monos”. Uważam, że filmy o tematyce wojennej są w dużej mierze powtarzalne i zbyt często opierają się jedynie na szokowaniu i odpychaniu widza przesadną brutalnością. I choć „Monos” też nie jest od tego kompletnie wolny, to jednak wywarł na mnie ogromne wrażenie. Tym, co najbardziej odróżnia dzieło Landesa od podobnych mu filmów, jest unikalne podejście do tematu wynikające z doboru bohaterów.

Nie mamy tu do czynienia z profesjonalnymi żołnierzami, co więcej członkowie tytułowego oddziału nie są nawet dorośli. Nasi protagoniści to grupka nieodpowiedzialnych nastolatków, którzy wojnę traktują jak jedną ze swoich zabaw – posługują się pseudonimami rodem z filmów akcji i strzelają na prawo i lewo dla własnej przyjemności. Zadaniem młodocianych partyzantów jest ukrywanie się w dziczy z przetrzymywaną przez nich amerykańską zakładniczką. To prawie kompletne odcięcie od społeczeństwa i świata zewnętrznego pozbawia nas jakiegokolwiek w miarę obiektywnego obrazu sytuacji. Najbliższą rzeczą, jaką możemy nazwać naszym punktem odniesienia, jest pilnowana przez bohaterów kobieta, która pomimo postępującego szaleństwa wywołanego długotrwałą niewolą zachowuje się bardziej racjonalnie od lekkomyślnej bandy dzieciaków. W porównaniu z Amerykanką członkowie oddziału wypadają wręcz nieludzko, jakby brakowało im pewnego aspektu człowieczeństwa.

Brak życiowego doświadczenia sprawia, że bohaterowie nie są w stanie brać na poważnie swojej sytuacji i uczyć się na własnych błędach. Ich kolejne potknięcia spowodowane bezmyślnym zachowaniem stopniowo pogarszają sytuację grupy. I w tych chwilach możemy zaobserwować krótkie momenty powagi, jednak na dłuższą metę w żaden sposób nie wpływa to na ich zachowanie. Ich głowy są zbyt zaprzątnięte nastoletnimi miłościami i marzeniami o występach w telewizji, by znaleźć czas na wyciągnięcie nauki ze swoich pomyłek. Ale czy naprawdę można ich winić? W końcu wojna nie jest odpowiednim środowiskiem dla dziecka, a bohaterowie tkwiący w podobnych warunkach od dzieciństwa nigdy nie doświadczyli zderzenia z prawdziwym światem.

W pierwszym akcie filmu pojawia się scena, w której członkowie oddziału w ciszy oprawiają ciało zabitej przez przypadek krowy. Całej sytuacji przygląda się Wilk – ich przywódca. Jest wyraźnie przybity – chociaż to nie on odpowiedzialny jest za śmierć stworzenia, jemu przyjdzie za nią zapłacić. Obserwujemy powolne zbliżenie na zwłoki zwierzęcia, a muzyka z sekundy na sekundę staje się coraz głośniejsza. Jeden z żołnierzy przerywa milczenie drobnym komentarzem, a nagle – jakby w odpowiedzi – słyszymy ostry dźwięk wystrzału, którym Wilk odbiera sobie życie. Dzieliliśmy z nim rolę obserwatora, więc skoro jeden niewinny komentarz popchnął go do ostateczności, to i nas w końcu uda się złamać. W końcu i my przestaniemy walczyć i poddamy się wszechogarniającej niemocy i beznadziei.

By to osiągnąć, reżyser używa również warstwy audiowizualnej. Oszczędnie stosowana muzyka buduje napięcie i atmosferę grozy, a zapierające dech w piersiach zdjęcia Jaspera Wolfa wpływają na widza w ciekawy sposób. Przejście od przepastnych, tonących w chmurach gór do dusznej, klaustrofobicznej dżungli wzmacnia uczucie dyskomfortu, a jednocześnie uchwycony w filmie ogrom natury odbiera znaczenie losom i działaniom bohaterów. Landes wręcz bawi się widzem zestawiając naiwność z brutalnością, dając nam nadzieję, by chwilę później ją odebrać, zadając bolesny cios. Ale ma w tym wszystkim cel. Ta przytłaczająca opowieść skutecznie nami wstrząsa, uderzając silnym antywojennym przesłaniem.

Patrzenie przez pryzmat niewinności bohaterów sprawia, że wojna prezentowana przez Landesa wydaje się jeszcze bardziej brutalna i bezcelowa. Kiedy oni sami nie wiedzą, o co walczą, trudno nam szukać sensu w ich działaniach. Dysonans między ich naiwnym zachowaniem, a jego bezlitosnymi konsekwencjami jest ogromny. Najlepszym podsumowaniem dla filmu jest sam tytuł. Monos to hiszpańskie słowo oznaczające małpy, a im dłużej obserwujemy beztroskie wygłupy bohaterów, tym trudniej oprzeć się wrażeniu, że równie dobrze moglibyśmy oglądać grupę małp, którym ktoś dał do ręki karabiny maszynowe.

Dodaj komentarz