
Benny Safdie / Josh Safdie, USA 2019
Trzy nagrody Independent Spirit (aktor, reżyser, montaż). Jeśli „Parasite” rozbił bank gali oscarowej, to dzień wcześniej – gdy nagradzano twórców niezależnych – czarnym koniem okazały się „Nieoszlifowane diamenty”. Niepojęte są wyroki rozdawców nagród. Obejrzeć warto, najwięcej frajdy przynosi zakończenie (również dlatego, że wreszcie cichnie hałas).
Rekomenduje: Jakub Chojnacki
Emocje po rozdaniu Oscarów opadły więc warto przyjrzeć się filmowi, który nie dostał żadnej nominacji, a zdecydowanie powinien.
Josh i Benny Safdie w 2017 roku zaprezentowali się szerszej publiczności filmem „Good Time”. Szybki montaż, kamera w ciągłym ruchu, duże nagromadzenie zbliżeń na twarze oraz pełna energii elektroniczna muzyka przełożyły się na niezwykle intensywny seans. Po dwóch latach bracia wracają z nowym projektem, który nie ustępuje poprzednikowi w żadnym aspekcie. „Nieoszlifowane diamenty” zawierają wszystkie wymienione wyżej elementy, ale w jeszcze większej dawce. W „Good Time” główną rolę zagrał Robert Pattinson i na dobre zerwał z łatką słabego aktora, przypiętą mu jeszcze w czasach sagi „Zmierzch”. Tym razem pierwszy plan należy do Adama Sandlera, który również udowadnia, że potrafi stworzyć ciekawą, wielowymiarową postać, kiedy dostaje dobry scenariusz. Ten pisany był niemal przez dekadę i działa to na wielką korzyść filmu. Udaje mu się utrzymać napięcie od pierwszej do ostatniej sceny dwugodzinnego seansu. W wielu scenach odbywa się kilka konwersacji naraz, panuje chaos. Reżyserzy znajdują jednak czas na oddech i dokładniejsze przedstawienie bohaterów. Postaci podejmują często wątpliwe decyzje, które są jednak zgodne z ich charakterami; udaje się uniknąć braku konsekwencji w kreacji postaci. Ścieżka dźwiękowa Daniela Lopatina nie tylko świetnie buduje napięcie, ale nadaje również filmowi niepowtarzalny styl. Syntezatory przywołujące na myśl „Łowcę androidów” łączą się z dźwiękami współczesnej muzyki elektronicznej.
„Nieoszlifowane diamenty” to kino akcji w najlepszym wydaniu, a bracia Safdie dołączają do listy reżyserów, na których projekty będę w najbliższych latach wyczekiwał najbardziej.
KONCERT NA STO WRZASKÓW
Rekomenduje: Łukasz Klawunn
Seans „Uncut gems” to jeden z najbardziej zaskakujących i przewrotnych doświadczeń filmowych ostatnich lat. Bracia Safdie budują dramaturgię w sposób całkowicie nowatorski i nie korzystają z utartych narracyjnych klisz. Niewątpliwie nie ułatwia to odbioru ich najnowszego dzieła, jednak zachęca do wzięcia udziału w niecodziennej zabawie, której reguły trzeba zaakceptować, aby dostrzec piękno ukryte w głośnej, szorstkiej, niebywale stresującej i niebezpiecznej rzeczywistości nowojorskiego jubilera Howarda.
Atmosfera filmu od samego początku jest bardzo napięta. Za pomocą przytłaczającego montażu, niepokojącej muzyki i często ekspresyjnej gry aktorskiej stajemy się częścią ponaddwugodzinnej, awantury. O co tyle krzyku? Oczywiście o pieniądze. Howard jest nałogowym hazardzistą. Trudno więc zrozumieć jego spontaniczne decyzje i nieodpowiedzialne zachowania, nie wpływa to jednak na wiarygodność historii. Wielowymiarowa rola Adama Sandlera (świetnie napisana i zagrana) doskonale broni tę postać. Choć mamy ochotę krzyczeć na bohatera i pukamy się w czoło z niedowierzaniem, do końca trzymamy za niego kciuki. Niewyobrażalne sumy, jakie przechodzą przez jego ręce, mogłyby zapewnić dostatni byt kilku rodzinom – on jednak w ciągu minuty potrafi wszystko stracić, aby po chwili znów kombinować, jak zdobyć jeszcze większą sumę.
Największą zaletą filmu jest zatem reżyserska maestria braci Salfdie, a ich tajną bronią – niebywała umiejętność gry na emocjach widza. Każda scena całkowicie zawłaszcza naszą uwagę, by po kolei serwować nam dawki stresu, frustracji, strachu, ulgi, satysfakcji czy radości, które zmuszeni jesteśmy przyjmować wraz z bohaterem. Życie Howarda to pułapka, z której, wydawać by się mogło, wyjść jest wiele – o ile wpada się na odpowiednio odważne i szalone pomysły. Niestety, nadzieja okazuje się zwykle złudna a tryumfalne okrzyki chwilowe. W świecie przedstawionym zawsze jest jakiś haczyk, zawsze czekają na nas jakieś sidła. Najciekawsze jest to, że z łatwością – nawet z przyjemnością – dajemy się oszukać. Jakie by nie było życie jubilera-hazardzisty (straszne i żałosne) i tak nie spuszczamy go z oczu, bo jest ono również ekscytujące. I to do granic możliwości.
Przed seansem radzę zatem wyzbyć się wszelkich oczekiwań i po prostu dać się przenieść do Nowego Jorku, gdzie nasze oczy i uszy poddane zostaną terapii szokowej, za sprawą przepychających się ciał i przekrzykujących się głosów. Na pewno uda się w tym gąszczu wrzasków, przemocy i upokorzeń zobaczyć coś niezwykle prawdziwego. Świat wokół nas przecież kipi od konsumpcjonizmu i chciwości, a jakoś akceptujemy status quo i życie toczy się dalej. Bracia Safdie potęgują tę diagnozę świata do tego stopnia, że nie sposób się na nią znieczulić.
Czy każdy jest w stanie to znieść i przetrawić? Z pewnością nie. Ja jednak z całego serca polecam wziąć udział w tym eksperymencie.





