
Druga (po „Klausie”) animacja, na którą zwracamy uwagę. [Obie na Netfliksie]. Intrygująca, nieoczywista, … francuska. Bardzo warto zobaczyć. I być ostrożnym w polowaniu na muchy.
Rekomenduje: Michał Korczyński
Na początek łamigłówka. Pięć filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii pełnometrażowej animacji: „Jak wytresować smoka 3”, „Zgubiłam swoje ciało”, „Klaus”, „Praziomek” oraz „Toy Story 4”. Który z elementów nie pasuje do reszty? Znając wszystkie powyższe tytuły od razu dostrzeżemy, że „brzydkim kaczątkiem” będzie tutaj obraz „Zgubiłam swoje ciało”. Po jego obejrzeniu stwierdzam jednak, że okazał się on być może w całej stawce „kaczątkiem” najbardziej frapującym (choć szans na Oscara oczywiście nie miał).
Na poziomie fabularnym bardzo trudno jest jednoznacznie stwierdzić, o czym jest „Zgubiłam swoje ciało”. Nie dlatego, że Jérémy Clapin (współtwórca scenariusza i reżyser) swoją opowieść nadmiernie gmatwa. Wręcz przeciwnie, historia – choć zupełnie nieprawdopodobna – nakreślona jest bardzo precyzyjnie, co robi tym większe wrażenie, że rozgrywa się w trzech przeplatających się planach. Plan wiodący to historia Naoufela, który jako dziecko stracił rodziców w wypadku samochodowym. Plan drugi, to retrospekcje, w których widzimy kilkuletniego Naoufela, jeszcze w okresie rodzinnej sielanki, snującego swoje marzenia, by w przyszłości zostać pianistą-astronautą. No i plan trzeci, który jest decydujący dla wyjątkowości tego filmu – historia dłoni Naoufela, która wskutek nieszczęśliwego wypadku staje się bytem całkowicie autonomicznym.
Animacja Clapina to dla mnie przede wszystkim film zaskoczeń. Już sam pomysł, by bohaterką uczynić ludzką dłoń, która „zgubiła swoje ciało” musi frapować. Co jednak ważne – zaskoczenie kolejne – reżyser nie fetyszyzuje dziwności tego pomysłu, jak to czasem robi Quentin Dupieux w swoich obrazach (skojarzenia z „Morderczą oponą” nie będą chyba tutaj zbyt wydumane). Od początku wydaje się traktować wędrującą po mieście dłoń jako bohaterkę tak samo naturalną jak Naoufel, czy inni – kompletni anatomicznie – ludzie. O wiele więcej czasu i reżyserskiego wysiłku Clapin poświęca na zaskakujące zabawy wizualne i fabularne, na które pozwala mu wyjściowy koncept. Te pierwsze, to przede wszystkim rozgrywanie w sposób nietypowy antropomorfizacji, która we współczesnej mainstreamowej animacji jest przecież zjawiskiem powszechnym, ale dotyczy ona tylko przedmiotów, pojazdów, urządzeń. Tutaj antropomorfizuje się dłoń, która jest częścią ludzkiego ciała, no ale sama przecież tym ciałem nie jest. Obserwujemy więc dłoń biegnącą, siedzącą, walczącą. Pod względem warsztatowym – czapki z głów! Jeśli natomiast chodzi o zabawy fabularne, to fantastyczne są te wszystkie mikro-opowieści wysnute ze spotkania dłoni z mrówką, gołębiem, pustą puszką… To wręcz zalążki świetnych etiud, które mogłyby doskonale funkcjonować jako dzieła osobne, oddzielne wobec swojego głównego filmowego „ciała”.
Zaskoczenie kolejne wynika z pewnego przyzwyczajenia wobec filmu animowanego, który postrzegam głównie przez pryzmat obrazu. W „Zgubiłam swoje ciało” to przyzwyczajenie zostało mocno zakłócone. Film Clapina jest oczywiście wizualnie wysmakowany, ale w sposób minimalistyczny. Poprzez swoją statyczność, momentami przypomina też bardziej powieść graficzną niż film animowany. Natomiast – co zaskakujące – tak samo ważny jak obraz okazuje się w filmie dźwięk. Po pierwsze, główny bohater od chwili, gdy jako dziecko otrzymał sprzęt do nagrywania, „łapie” otaczające go dźwięki parając się amatorskim field recordingiem. I te jego nagrania w różnych momentach opowiadanej historii powracają. Po drugie, dużo dzieje się w wymiarze mikrodźwięków, a więc całej sfery sonicznej, która towarzyszy przygodom dłoni. Te wszystkie trzaski, szelesty, piski uświadamiają, że zmiana perspektywy odbioru otwiera przed nami świat dźwięków na co dzień zupełnie niezauważalnych.
Film okazuje się natomiast najmniej zaskakujący na poziomie interpretacyjnym. „Zgubiłam swoje ciało” to historia rozpięta przede wszystkim pomiędzy wątkami tożsamości i utraty, zresztą silnie ze sobą powiązanymi. Trudno tu jednak dostrzec elementy szczególnie odkrywcze i poruszające. Znacznie bardziej wciągający wydał mi się motyw przeznaczenia i prób jego przezwyciężenia, choć nie został on chyba rozegrany w sposób w pełni satysfakcjonujący. Między innymi dlatego, szukając odpowiedzi na pytanie: „Co artysta chciał powiedzieć?”, moją uwagę przykuła powracająca kilkakrotnie (najpierw jako zabawka kilkuletniego Naoufela, później jako objawiająca mu się wizja) postać astronauty-anioła stróża. Pierwsze skojarzenie to grana przez Artura Barcisia postać powracająca w kolejnych częściach „Dekalogu” Krzysztofa Kieślowskiego. Ale później stwierdziłem, że może to skojarzenie zbyt „sieriozne” i pomyślałem o tej postaci jako o żarcie reżysera, który puszcza do nas w ten sposób oko nawiązując do astronauty Buzza Astrala przekonanego (w serii filmów „Toy Story”) o tym, że tylko on może ocalić swoją planetę. Skojarzenie zaskakujące i absurdalne? Chyba nie bardziej niż pomysł, by nakręcić film o dłoni żyjącej swoim własnym życiem.



