
Testujemy Dolana. Czy Xavier podbił Wasze serca Matthiasem i Maximem? Bo różne słuchy chodzą (skrajne). Kto widział, niech da znak, czy warto. A może wpisać na „krótką listę”? 😉
REKOMENDUJE: Jakub Chojnacki
Xavier Dolan jest w świecie kina ewenementem. Trzydziestolatek ma już na koncie osiem filmów, które odznaczają się przede wszystkim niezwykłą dojrzałością. Nie są to jednak dzieła idealne, a Kanadyjczyk cały czas się rozwija. Jak więc prezentuje się kolejny krok w jego karierze?
Fabuła jest bardzo prosta i działa to na korzyść filmu. Pocałunek dwóch chłopaków na planie amatorskiego filmu staje się punktem zwrotnym w ich wieloletniej przyjaźni. Filmy Dolana do tej pory jawiły mi się jako zbitki świetnych scen, które nie stanowiły jednak spójnej całości. W „Matthias i Maxime” pokazuje, że dojrzał przede wszystkim jako scenarzysta. Nie wkłada w usta bohaterów swoich poglądów, nie traktuje już filmu jako manifestu. Zamiast tego skupia się na tym, co w jego filmach zawsze działało najlepiej, czyli relacjach między postaciami. Dolan jak mało kto potrafi przedstawić intymność i niejednoznaczność relacji. Traktuje swoich bohaterów z należytym szacunkiem. Pomimo młodego wieku odznaczają się oni dużą wrażliwością, co umożliwia łatwe ich polubienie i współczucie im. Jeśli relacja między tytułowymi bohaterami przekona nas do siebie, seans będzie prawdziwą, emocjonalną przejażdżką, wartą obejrzenia.
Czy „Matthias i Maxime” jest dla każdego? Nie, ale każdemu polecam spróbować się z nim zmierzyć.
REKOMENDUJE: Jędrzej Sławnikowski
Twórczość Xaviera Dolana zawsze dzieliła widzów, jednych zachwycając i wzruszając, innych dystansując narcyzmem młodego reżysera. Sam nigdy nie byłem jego wielkim fanem, ale doceniam energię i szczerość „Zabiłem moją matkę”, przepiękną warstwę wizualną „Wyśnionych miłości”, dojrzałość i odwagę „Na zawsze Laurence” czy wielką siłę wyrazu „Mamy”. Ten ostatni stał się dla Dolana trampoliną do międzynarodowej kariery, która jednak nie ułożyła się zbyt pomyślnie: „To tylko koniec świata”, z udziałem największych gwiazd kina francuskojęzycznego, zdobył co prawda Grand Prix festiwalu w Cannes, ale wśród widzów spotkał się ze znacznie chłodniejszym przyjęciem, zaś anglojęzyczny debiut, „The Death and Life of John F. Donovan”, został zniszczony przez krytykę na festiwalu w Toronto i po dziś dzień nie doczekał się polskiej dystrybucji. W takich okolicznościach „Matthias i Maxime” wzbudzał zaufanie podobieństwami do wczesnych filmów reżysera: Dolan znów kręci w Kanadzie, znów osobiście pojawia się przed kamerą, znów obsadza Anne Dorval w roli matki. Czy jednak powrót do korzeni okazał się równoznaczny z powrotem do formy?
Tytułowi Matthias (Gabriel D’Almeida Freitas) i Maxime (Dolan) są od wielu lat najlepszymi przyjaciółmi. Pierwszy pracuje w firmie prawniczej prowadzonej przez swojego ojca, drugi ma niedługo wyjechać na dwa lata do Australii. Ów wyjazd posłuży za punkt odniesienia dla narracji filmu: zmiany czasowe będą sygnalizowane planszami typu „trzy dni do wyjazdu do Australii”. Akcja zawiązuje się na kilka tygodni przed nim, gdy podczas imprezy u wspólnego kolegi bohaterowie zgodzą się (Matthias z powodu przegranego zakładu) wystąpić w studenckiej etiudzie, nieświadomi, że ich zadaniem będzie pocałunek przed kamerą. Dalsza fabuła składa się z ciągu kolejnych imprez i scen z życia obydwu przyjaciół.
Na pewno trzeba docenić sposób, w jaki Dolan snuje opowieść: najważniejsze informacje wychwytujemy z biegu akcji lub musimy wyłuskać je z wypowiedzi bohaterów, bez ekspozycyjnych dialogów lub retrospekcji. Dzięki temu widz czuje, że jego zdolności percepcyjne są szanowane, choć z drugiej strony czasem trudniej dociec intencji reżysera. Jest bowiem „Matthias i Maxime” filmem w wielu kwestiach niejasnym. Zamiłowanie Dolana do skomplikowanych i niejednoznacznych relacji międzyludzkich tym razem nie przyniosło wyrazistego rezultatu. Scenariusz skonstruowany jest chaotycznie, wiele wątków nie wybrzmiewa tak jak powinno, a w relacji między bohaterami – choć na pierwszy rzut oka wygląda to ciekawie – nie czuć żadnego emocjonalnego napięcia. Fakt, że niektóre rozwiązania formalne wydają się pustym popisem, to akurat bolączka większości filmów Kanadyjczyka, ale „Mama” zdawała się sugerować postępujące dojrzewanie twórcze; tymczasem w najnowszym projekcie nie tylko zawarł on kilka zupełnie niepotrzebnych scen z użyciem fast- i slow-motion, ale też przesadził ze swymi firmowymi sekwencjami teledyskowymi, trochę jakby chęć wykorzystania konkretnych utworów była silniejsza od reżyserskiej dyscypliny.
Jak widać, mankamentów „Matthiasowi i Maxime’owi” nie brakuje, ale na szczęście film ma też kilka znaczących zalet. Dolan może nie jest w najlepszej formie reżyserskiej, ale wciąż dobrze sobie radzi jako aktor (trochę słabiej wypada partnerujący mu Gabriel D’Almeida Freitas). Niektóre sceny ogląda się z niekłamaną przyjemnością dzięki błyskotliwe napisanym dialogom, w których pełno humoru, ale też naturalności. Kanadyjczyk bez wątpienia ma oko do ludzkich zachowań – przyjaciele Matta i Maxa to grupa mniej lub bardziej przerysowanych reprezentantów pokolenia millenialsów, z całym charakterystycznym dla nich zestawem cech. Wyraziście wypada zwłaszcza notoryczne używanie anglicyzmów przez jedną z postaci. Wielkim atutem filmu, jak zresztą każdego dzieła Dolana, jest podejście do nieheteronormatywności bohaterów, którzy nie tylko nie są tu postrzegani przez pryzmat orientacji seksualnej, ale też zdają się wcale nie przejmować etykietkami, co najwyżej żartobliwie używając ich jako wyzwisk. Chciałoby się, aby więcej filmowców szło tą drogą.
Tych kilka zalet nie jest jednak w stanie przechylić szali na korzyść Dolana. „Matthias i Maxime” nie ma ani świeżości jego pierwszych filmów, ani dojrzałości, której można by oczekiwać od trzydziestoletniego reżysera z dekadą pracy twórczej na karku. Przy tym jestem pewien, że recepcja filmu będzie różnorodna i wielu fanów mimo wszystko wyjdzie z kina względnie zadowolonych, bowiem pod chaosem i niespełnieniem kryją się tu wciąż ślady tej szczerości i uczuć, za które świat pokochał Xaviera Dolana.



