EMMA.

„Emma” – reż. Autumn de Wilde, Wielka Brytania & USA 2020

Czy było w tym sezonie coś równie brytyjskiego? Chyba tylko „Downton Abbey”. A więc arcyangielska, megaromantyczna, ekstraliteracka „Emma”. W sam raz na Ósmego marca.

Rekomenduje: Dominika Stachowiak
WIZUALNA UCZTA

Jako fanka prozy Jane Austen przebieram nogami na wieść o każdej nowej adaptacji. Znów sięgnięto po „Emmę”. Pomyślałam: szkoda, bo przecież były już seriale i filmy na tej powieści oparte, a takie na przykład „Perswazje” wyczekują daremnie. Obejrzałam i myślę, że nie ma co narzekać. To świetna adaptacja.

Emma jest piękną, inteligentną i majętną dziewczyną, co za tym idzie – rozpieszczoną. Nie myśli o własnym małżeństwie, lecz deklaruje, że ma talent do swatania i testuje go na swej niżej usytuowanej przyjaciółce Harriet.

Po pierwsze: by zrobić dobrą adaptację, trzeba mieć pomysł. Autumn de Wilde go ma. Pozbawia bohaterów podniosłości i poetyckości, zmierzając w stronę karykatury i komedii. Już w pierwszych scenach filmu pojawia się nagusieńki Pan Kinthley, ubierany przez sługę. W innej scenie Emma podciąga suknię, odsłaniając biel swych nóg, i grzeje pośladki przy kominku. A wcale nie są to sceny zmysłowe. Twórcy ukazują, że nikt nie jest nieustanie szlachetnym dżentelmenem i permanentnie elegancką heroiną. Pod wymyślnie pięknymi strojami – sztywnymi konwenansami – kryją się zwykli ludzie.

Po drugie: wszystko tu ładnie wygląda i ta scenografia jest więcej niż ozdobą filmu. Scenografia, kostiumy i niezwykle wysmakowane kadry. Kolory, oświetlenie, aranżacja wizualna scen. Mamy tu do czynienia z przepychem wnętrz, bogactwem tekstur, pięknie zastawionych stołów z baśniowo wyglądającymi przysmakami. Nasunęło mi to myśl o filmach Wesa Andersona, ale Autumn de Wilde nikogo nie naśladuje. Atutem jej filmu jest ruch bohaterów, niemal taneczna choreografia. Zwłaszcza przemieszczającej się i nieustająco obecnej służby. Arystokraci są bez niej nieporadni, kapryśnie wymyślają coraz to bardziej niedorzeczne zadania, które służba wykonuje bez słowa.

Po trzecie: obsada. Nie ma tu słabej roli. Przykuwająca uroda Any Taylor-Joy sprzyja kreacji tytułowej Emmy. Mimika twarzy i naturalne gesty sprawiają, że nie można od niej oderwać wzroku. A dodam, że właśnie spojrzenia i gesty grają w filmie pierwsze skrzypce. Postać nie musi mówić, byśmy wiedzieli, co czuje. Mistrzowsko wodzi wzrokiem Johnny Flynn jako Pan Knightley wpatrujący się w Emmę. Nie od razu byłam do niego przekonana – poprzednie adaptacje nauczyły nas postrzegać Knightleya jako wysokiego bruneta o aparycji czterdziestolatka. Tu mamy młodo wyglądającego blondyna (choć Flynn jest akurat zbliżony wiekiem do książkowego Knightleya). Świetna jest Mia Goth jako Harriet, a jej rozkoszny szczery uśmiech rozjaśnia ekran. Nawet irytująca w oryginale Panna Bates (Miranda Hart) tutaj daje się lubić. A Bill Nighy jako ojciec Emmy – choć pojawia się rzadko – jest niezawodny i kradnie sceny, w których gra (siedząc i milcząc).

Nie jest to zapewne film bez wad. Ale ja rekomenduję, by „Emmę” obejrzeć. Warto też nadmienić, że film jest dziełem bardzo kobiecym – w ich rękach jest reżyseria, scenariusz i muzyka. Może właśnie dlatego film odświeża literacką opowieść, a po seansie zostaje w nas emanujące z tej opowieści wewnętrzne ciepło.

Rekomenduje: Małgorzata Czaykowska
HANDSOME, CLEVER AND RICH

„Emma” to najnowsza adaptacja dziewiętnastowiecznej powieści Jane Austen. Tytułowa bohaterka pozostaje niezmienna wobec pierwowzoru: panna Emma Woodhouse (Anya Taylor-Joy) jest uroczą, charyzmatyczną i rozpieszczoną arystokratką. Mieszka z hipochondrycznym, owdowiałym ojcem (Bill Nighy). Starannie i – jak jej się zdaje – z wielką przebiegłością zajmuje się życiem towarzyskim okolicy, której jest absolutnym oczkiem w głowie. Jej ulubionym zajęciem jest swatanie, choć sama nie ma ochoty na małżeństwo – przyznaje, że nie czerpałaby z tego przyjemności, a pieniądze zapewnia jej bogaty rodziciel. Stara się również pokierować swoją przyjaciółkę, nieudolną i bezkrytycznie jej oddaną Harriet Smith (Mia Goth), na „właściwą” drogę. Jej jedynym hamulcem pozostaje pan Knightley (Johnny Flynn) – długoletni przyjaciel rodziny, który toczy z Emmą wojnę światopoglądową, wystawiając na próbę jej skromność. Jednak Emma, zaślepiona pewnością siebie, tym bardziej się rozkręca, aż w końcu sama plącze się w swojej chytrze utkanej sieci koneksji i musi zrzucić maskę perfekcyjnej, życzliwej damy.

Już od samego początku wchłania nas jaskrawa, nowoczesna estetyka. Socjeta wioski Highbury, rezydencje i angielski krajobraz wdzięczą się do widza pod czujnym okiem reżyserki Autumn de Wilde – z zawodu fotografki, debiutującej w pełnym metrażu. Każdy kadr jest starannie dopracowany i zwyczajnie piękny. Wszystko jest do przesady czyste, wypucowane i strojne, co świetnie wydobywa z przeniesionej na ekran prozy Austen elementy groteski. Kostiumy idealnie podkreślają klimat całości: są przerysowane, lecz nadal zamykają się w zgodności z historycznymi wzorcami z okresu regencji w Anglii. Trafnie oddają absurdy, niewygodę, lecz także dostojność i romantyzm realiów historycznych, jednocześnie odchodząc od nich w stronę satyry.

„Emma” bardzo sprawnie łączy elementy satyry, komedii omyłek i romansu, pozwalając widzowi dobrze się bawić. Na tej płaszczyźnie ekranizacja zdaje się być najbliższa literackiemu oryginałowi – nie jest to wielki dramat miłosny niczym „Duma i uprzedzenie”, lecz pewna synteza gatunkowa, która uwydatnia ponadczasowy humor i inteligencję angielskiej pisarki. Twórczynie dodają od siebie pewne „smaczki”: Emma bezpardonowo grzeje swoje pośladki przy kominku, w kluczowej momencie zaczyna lecieć jej krew z nosa, a po Highbury przechadza się orszak uczennic, których ubiór jest ewidentną aluzją do „Opowieści podręcznej”. Nie służy to jednak nachalnej propagandzie feministycznej, lecz raczej uwypukleniu karykaturalności postaci i ich nienaturalnego zachowania na co dzień. Zaskoczeniem jest również to, że jedną z pierwszych scen jest sekwencja zakładania niewygodnych, opinających ubrań przez… pana Knightley, co w satysfakcjonujący sposób łamie oklepany motyw zawiązywania gorsetu, w którym tak bardzo „nie da się oddychać”.

Obsada radzi sobie świetnie i każdego bohatera obdarza duszą. Na szczególne uznanie zasługuje bez wątpienia Mia Goth, która dobrze oddaje histeryczność, teatralność i zagubienie Harriet. Paradoksalnie to właśnie ta protagonistka jest największym problemem filmu: zupełnie (nie z winy aktorki, lecz scenariusza) nie przekonuje jako życzliwa, nieśmiała, lecz jednocześnie szlachetna osoba. Przyjaciółka głównej bohaterki powinna być jej równa, a nawet przewyższać w bilansie wad i zalet, a tym samym stanowić dla niej wiarygodną przeciwwagę. Natomiast Harriet z 2020 roku jest absolutnie głupia niczym słaby kawał i nie ma właściwie wolnej woli czy prawdziwej osobowości – jest jedynie bezwiednym listkiem na wietrze, a nie impulsem do zmiany i człowiekiem z krwi i kości, którym – według kwestii wypowiadanych przez innych – ma być.

Nowa adaptacja może podzielić fanów Jane Austen, szczególnie przez potraktowanie postaci Harriet Smith. Jednak dla widzów, którzy oczekują dobrej zabawy z uniwersalnym, przystępnym humorem „Emma” na pewno okaże się trafnym wyborem.

Dodaj komentarz