
Głośny tytuł września. Już zszedł z ekranów. Warto jednak pamiętać, zwłaszcza jeśli miałby ktoś ochotę na kontrowersyjną bohaterkę. Dwugłos Marcina i Oli – w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie „kim ona jest”? Nasi recenzenci są pod wrażeniem (nie koniecznie zauroczeni).
EMA
Rekomenduje: Marcin Łukomski
Kim jest Ema? To pytanie pojawiło się w mojej głowie od pierwszych minut seansu i nadal trudno mi na nie odpowiedzieć. Można powiedzieć, że jest należącą do komuny artystycznej tancerką, która stara się odzyskać odebranego jej przez pomoc społeczną syna, ale byłby to jedynie płytki opis nieoddający pełni tej postaci. Więc kim naprawdę jest Ema? Ema jest kobietą sprzeczności, „postacią postaci”, jak określa ją Mariana di Girolamo, która wcieliła się w tytułową bohaterkę. Z jednej strony silna i zdecydowana, z drugiej wrażliwa i pełna żalu. Z jednej strony kochająca, z drugiej chłodna i bezwzględna. Znienawidzona przez ogół, lecz wielbiona przez przyjaciół. Jedyną rzeczą, którą bezsprzecznie można powiedzieć o bohaterce, to że jest kobietą całkowicie wyzwoloną.
Ema wolna jest od społecznych ról i konwenansów, wpływów otoczenia, a nawet względu na bliskie jej osoby. Cytując znowu odtwórczynię tytułowej roli: „Ema wie, czego chce i nie ustanie, dopóki tego nie zdobędzie”, wszystko co robi, robi dla siebie. Do szczęścia dąży przez seks, taniec, a nawet wywoływanie pożarów. Ema jest jak ogień, który wznieca – zarówno hipnotyczna i przyciągająca, jak i niebezpieczna i nieprzewidywalna.
Reżyser Pablo Larrain unika osądzania bohaterki. Kamera zawsze jest zdystansowana, dokumentuje poczynania Emy, ostateczną ocenę pozostawiając widzowi. Wchodzimy w rolę trzecioplanowego obserwatora, patrząc z boku na czyny protagonistki, nie znając jej planów ani jasnych motywacji jesteśmy zmuszani do analizowania jej zamiarów, które na jaw wychodzą dopiero w ostatnich minutach filmu. W jednej ze scen można odnieść wrażenie, że reżyser mówi do widza ustami swojej bohaterki: „Gdybyś wiedział, co teraz robię, byłbyś przerażony”.
Obierając ten nietypowy styl narracji, Larrain składa na barkach widza część odpowiedzialności. By móc zrozumieć „Emę” musisz tego chcieć, musisz się zaangażować. Można więc się spodziewać, że film nie trafi do każdego – jednych znuży pozornie nieprowadzącą donikąd fabułą, drugich przyciągnie swoją enigmatyczną naturą. Odbiór filmu może być tak różny, jak odbiór samej Emy, która dla niektórych okaże się odważną indywidualistką, dla innych wyrachowaną egoistką, a dla jeszcze innych zepsutą na wskroś hedonistką. Odpowiadając więc na moje pytanie: Kim jest Ema? – To zależy tylko od ciebie.
Drugi głos:
EMA
Rekomenduje: Aleksandra Łucja Szymańska
Pierwszym pytaniem jakie nasunęło mi się na myśl po obejrzeniu „Emy” było: co za chorą postać właśnie poznałam? Pełna sprzeczności, irracjonalnego myślenia oraz infantylnych reakcji bohaterka, miejscami sprawia wrażenie socjopatki. Działa zgodnie z własnymi zachciankami, żyje w swoim własnym świecie, w którym liczy się tylko ona. Innych zdaje się to zachwycać, oczarowuje ich swoją iluzją wolności, o którą sami nigdy nie odważyliby się zawalczyć. Jednak czy swoją postawą bohaterka nie uwięziła samej siebie? Odgradzając się od realności, od innych ludzi oraz od ich życia. Czy Ema naprawdę jest kobietą całkowicie wyzwoloną?
Tak jak Marcin wspomniał, bohaterki z pewnością nie dotyczą społeczne role, ani żadne narzucane jej ograniczenia. Nie zwraca uwagi na to, jak postrzegają ją inni, co czyni ją odporną na jakiekolwiek wpływy. Tak jak mówi Mariana di Girolamo, Ema jest ogniem – niszczycielską siłą, która poparzy każdego kto zanadto się zbliży. Lecz czy nie oznacza to, że w pewnym sensie jednak jest ona ograniczona? Ironicznie, jedynym ograniczeniem Emy staje się ona sama – stawiając siebie na piedestale, odbiera sobie prawo do miłości. Podczas seansu widzimy, że każdy, z kim Ema weszła w relację, został zniszczony, wykorzystany. Każda romantyczna relacja Emy, dramatycznie zraniła drugą stronę. Nawet adoptowany syn, o miłości do którego usilnie zapewnia wszystkich Ema, może okazać się jedynie środkiem do celu, sposobem na spełnienie fantazji o byciu matką. Film to zapis jej ścieżki do celu, na której leży mnóstwo pozostawionych przez nią trupów. Może i jest wyzwolona, jednak nie jest wolna, tylko uwięziona przez samą siebie i swoje niszczycielskie skłonności.
Reżyser Pablo Larrain rzeczywiście doskonale posługuje się kamerą. Stawia na dość proste ujęcia, skupiając uwagę na bohaterach – ich twarzach, gestach, poczynaniach. Na szczególną uwagę zasługuje sposób kadrowania dialogów – zamiast tradycyjnych ujęć „przez ramię” kamera znajduje się na wprost bohaterów, nadając rozmowom bardziej konfrontacyjny charakter, sprawiając wrażenie, jakby Ema każdą konwersację traktowała jak atak lub psychologiczną rozgrywkę.
Film można nazwać studium psychiki kobiety wyzwolonej, choć trudno w tym wyzwoleniu nie dostrzec odrobiny fałszu. „Ema” bez żadnych wątpliwości jest niesamowitym dziełem – miejscami nużącym, jednak wciąż szukającym swojego celu, czym kradnie uwagę odbiorcy. Główna bohaterka nie jest osobą, obok której można przejść obojętnie. Jest niesamowita, jaśniejąca niczym płomień w szarym świecie – można ją za to uwielbiać, albo nie znosić. W moim przypadku, we mnie zwyciężyła ta druga opcja.






