
Kilka pofestiwalowych reminiscencji. Bez rankingu i bez misji rekomendowania tytułów do obejrzenia (nie każdy film trafi do dystrybucji). Taka natura Nowych Horyzontów, że nikt nie ogarnia całości. Można postawić na kino MISTRZÓW lub festiwalowe hity, można – na własne ryzyko – szukać przygody w nowohoryzontowych ODKRYCIACH lub KONKURSIE NOWE HORYZONTY. Dziś Mateusz o filmie Theo Courta „Biało na białym”
Rekomenduje: Mateusz Jeleń
BIAŁY KWADRAT NA BIAŁYM TLE
Ziemia Ognista – subpolarny archipelag na samym krańcu Ameryki Południowej, trudno wyobrazić sobie lepszą scenerię dla filmu slow cinema. Ta mglista, wyjałowiona i mistyczna kraina byłaby idealnym płótnem dla Alberta Serry, Beli Tarra czy innych plenerowych, „powolnych” filmowców. Wpadła jednak w ręce Theo Courta – jeszcze nie do końca określonego twórcy. Eksperymentowanie z długimi ujęciami i statycznością nie jest mu obce, ale w „Biało na białym” pokazuje, że jest mu raczej bliżej do „Zamy” lub „Idy” niż skrajnie ślimaczego Serry.
„Biało na białym” jest drugim filmem chilijskiego reżysera. Można było go zobaczyć w tegorocznych (niestety zdalnych) Nowych Horyzontach w ramach sekcji Odkryć. Court snuje oniryczną historię o niszczycielskiej władzy, zarówno patriarchalnej jak i kolonialnej, o artyście poszukującym nowych obiektów obsesji, o toksycznej męskości jako przyczynie ludobójstwa rdzennych Amerykanów.
Protagonistą filmu jest Pedro (Alfredo Castro) – fotograf zatrudniony do uwiecznienia ślubu enigmatycznego Pana Portera. Jego pracodawca nigdy nie pojawia się na ekranie, ale jest ciągle wspominany w dialogach, jakby był elementem jakiegoś lokalnej folkloru. Jego obecność wisi nad całym filmem. Podobnie wisi atmosfera fin de siècle, ostatniego zewu „tradycyjnego” kolonializmu w Ameryce Południowej. Cała rzecz dzieje się na przełomie XIX i XX w. A więc jeżeli „Biało na białym” byłby westernem (co reżyser wydaje się sugerować wizualnie), to najbliżej by mu było do opowieści o zmierzchu Dzikiego Zachodu w stylu „Bez przebaczenia”, ale z jedną zasadniczą różnicą. Eastwood – i inni mu podobni – starając się obnażyć etos kowboja, wciąż działali w obrębie westernowej mitologii i robili to z widoczną nutą nostalgii, natomiast film Courta jest zdecydowanie bardziej bezkompromisowy. Nie mówi już językiem nostalgii, lecz traumy.
Patagoński antywestern, który oferuje reżyser, przedstawia „kowbojów” jako zezwierzęciałych łowców głów, wiecznie przytaczających nazwisko „Pana Portera” jako usprawiedliwienie, spiritus movens swoich zbrodni. Nie jesteśmy pewni, czy ich tajemniczy przełożony w ogóle istnieje, czy jest tylko duchem personifikującym jakąś południowoamerykańską wersję „Objawionego Przeznaczenia”.
Reżyser nie pozwala na jakikolwiek odpoczynek lub rozluźnienie w swej okrutnej wizji rzeczywistości. A Pedro, mimo duszy artysty, ostatecznie odnajduje się w świecie perwersyjnych power tripów białych kolonizatorów. Wystarczy spojrzeć na finałową scenę, w której z podekscytowaniem ciągnie po ziemi martwe ciała rdzennych Amerykanów, tworząc „piękną kompozycję” dla swojej ostatniej fotografii. Nieprzypadkowe jest, że podmiotami filmu są jedynie prześladowcy – biali mężczyźni, potomkowie kolonistów. A ci, z którymi widz faktycznie sympatyzuje są pokazani jako ich nieme przedmioty, obiekty tła.
„Biało na białym” zostawia widza zgorzkniałym. Wpycha go w perspektywę największych drani i jest przy tym niezwykle chłodny. Niczym cyniczny fotograf, który eksploatuje ludzkie cierpienie w celu artystycznego spełnienia. Film Courta nie jest totalnym portretem tragedii tamtych czasów, a brak jakiegoś punktu zaczepienia powoduje, że nie uderza tak mocno emocjonalnie jakby mógł. Ale mimo to jego sroga, sadystyczna gra ostatecznie opłaca się, kiedy w punkcie kulminacyjnym – w finałowym, wydłużonym ujęciu – dostarcza prawdziwie ekstatycznego uczucia. Takiego medytacyjnego piękna, które tylko slow cinema mogłoby dostarczyć, ale też naznaczonego makabrą postkolonialnej degrengolady.




