
Nowohoryzontowe NOCNE SZALEŃSTWO. Przeczytajcie! Wyszukajcie film, jeśli się da. Nie jest to grzeczny-spokojny mainstream.
DWUDZIESTE STULECIE
Rekomenduje: Marcin Łukomski
Film biograficzny jest jednym z mniej lubianych przeze mnie gatunków – zbyt często produkcje do niego należące są zwyczajnie nudne i schematyczne, mdłe pod względem środków artystycznych oraz merytorycznie ograniczane przez nadmierne uwielbienie twórcy do podmiotu swojego dzieła. Na szczęście co jakiś czas pojawia się film świeży i ekscytujący, zręcznie wymijający wypisane przeze mnie wady – i z czystym sercem mogę powiedzieć, że takim właśnie filmem jest „Dwudzieste stulecie” w reżyserii Matthew Rankina.
Film opowiada o życiu Williama Lyona Mackenziego Kinga – dawnego premiera Kanady, który sprawował ten urząd najdłużej w historii. Przez półtorej godziny przyglądamy się jego karierze politycznej, sytuacji domowej i życiu romantycznemu. Jednak nie ma co liczyć, że z seansu wyciągniemy jakieś konkretne informacje, gdyż film to przede wszystkim absurdalna, lecz błyskotliwa satyra jakby zaprojektowana w celu poniżenia tej wpływowej figury politycznej. Każdy fakt z życia Mackenziego Kinga zostaje podkolorowany, zniekształcony i dopasowany do filmowej wersji historii Kanady, by ostatecznie obrócić się przeciw niemu. W oczach reżysera główny bohater staje się zarówno rządnym władzy maniakiem bez kręgosłupa moralnego, jak i zdziecinniałym nieudacznikiem fałszywie przekonanym o swojej wielkości.
Szaleństwo tej opowieści dodatkowo wzmagane jest przez niezwykły klimat stworzony przez Rankina. W stylu twórcy widać wyraźne wpływy Davida Lyncha, Monty Pythona, niemieckiego ekspresjonizmu, a nawet kiczowatych produkcji sci-fi i wojennych filmów propagandowych – ta wybuchowa mieszanka daje niezwykle ciekawy i zaskakująco dobrze sprawdzający się efekt. Świat filmu jest żywy i pomysłowy, rządzi się własnymi ekscentrycznymi prawami, które jednak wydają się mieć perfekcyjny sens w kontekście prezentowanej nam rzeczywistości. Tak więc nie dziwią nas postaci grane przez aktorów innej płci, wojny toczone z ludźmi-słoniami ani pojedynki wrotkarskie decydujące o losach państwa.
Gdy już zaakceptujemy przedziwną logikę filmu, możemy docenić te elementy, które wyróżniają go najbardziej. Wszystkie kreacje aktorskie są niezwykle ciekawe i odważne, idealnie wpasowując się w balansującą między snem a skeczem aurę tej opowieści. Fantastyczna jest również scenografia, która swoją celową sztucznością kontrastuje z innymi współczesnymi produkcjami kinowymi. Film nagrany jest w całości na misternie skonstruowanych planach filmowych, które pogłębiają obraz świata nadając jego regionom wyrazistego i osobliwego wyglądu – od przepastnego, mroźnego Toronto po zielone, wypełnione ściętymi drzewami Vancouver.
„Dwudzieste stulecie” to film jedyny w swoim rodzaju, bardziej skupiony na zaprezentowaniu unikalnej wizji niż przekazaniu widzowi historycznych faktów. Jest to film biograficzny oddalony od ram gatunku tak bardzo, jak to tylko możliwe, aktywnie odrzucający królujące we współczesnym kinie dążenie do realizmu. I w tym szaleństwie jest metoda – dzieło sprawdza się zarówno jako dziwaczne fantasy, abstrakcyjna komedia i kąśliwa krytyka wymierzona w stronę Kanady, a przy tym wszystkim nadal oferuje interesujący portret niezwykłej jednostki. Może większych miłośników kraju północy oburzyłyby historyczne swawole reżysera, ale ja bawiłem się wyśmienicie.


