
Skoro Sputnik nad Polską (14. Festiwal Filmów Rosyjskich), to pretekst, by wspomnieć wydarzenie sprzed miesiąca: 5. UKRAÏNA! Festiwal Filmowy. Młodszy brat festiwalu rosyjskiego. Ignacy pisze o „ATLANTYDZIE”, której postapokaliptyczna aura na pewno nie dźwięczy dzwoneczkami świątecznego renifera. Ale przecież nie musi. Kto ciekaw Ukrainy, niech – primo – czyta, secundo – kiedyś – ogląda.
Rekomenduje: Ignacy Grabowski
PUSTYNIA NA DNIE OCEANU
Pierwszy raz spotkałem się z kinem ukraińskim na taką skalę. Nie wiem, dlaczego wcześniej nie interesowało mnie, co działo się w krainie „Stepów akermańskich”. Film Valentego Vasyanovycha „Atlantyda” był pierwszym filmem, który udało mi się obejrzeć w ramach 5. edycji festiwalu UKRAINA! Od początku ten tytuł był moim faworytem, seanse kolejnych tytułów tylko mnie w tym utwierdziły.
Konfliktowej sytuacji na Ukrainie – od 2013 roku – przyglądał się bacznie cały świat. Od Euromajdanu aż do wojny w Donbasie i proklamowania nowych prorosyjskich republik w regionie. Ukrainę rozrywają od środka wciąż nowe problemy. Wojna trwa nadal, a mieszkańcy tamtejszych okręgów administracyjnych żyją w ciągłej niepewności, co przyniesie jutro. Reżyser „Atlantydy” pyta, co będzie potem? Czy po wojnie przyjdzie odwilż i wszystko zmieni się na lepsze? Proponowana przez Vasyanovycha wizja nie napawa spokojem.
Wojna już się skończyła. Jest rok 2025. Mieszkańcy liczą straty, próbują wrócić do normalności. Życie, które przed wojną było urzeczywistnieniem nędzy i rozpaczy, teraz podszyte jest unoszącym się w powietrzu widmem minionego konfliktu. Były żołnierz, Siergiej, próbuje odnaleźć się w powojennej rzeczywistości. Cierpi na zespół stresu pourazowego. Jego towarzysz, prawdopodobnie były kompan z wojska, nie wytrzymuje napięcia i gdy przelewa się czara goryczy, skacze do kadzi płynnego metalu. W geście tym możemy dopatrywać się pewnej atrofii społecznej, braku radzenia sobie z problemami, które przytłaczają nie rangą, ale właśnie tym, że są kroplą ponad miarę wytrzymałości. Siergiej ciężko znosi śmierć przyjaciela, jednak nie poddaje się i szuka rozwiązań. Chce znowu stać się przydatny – rozwozi wodę pitną, której – po skażeniu wód gruntowych – wszędzie brakuje. To sytuacja wyjściowa. Przestrzeń jest postapokaliptyczna – ogołocona, wyssana z barw i życia.
Zmianę uruchamia spotkanie kobiety pracującej w organizacji, która zajmuje się wydobywaniem zwłok poległych żołnierzy. Siergiej porzuca dotychczasową fuchę na rzecz nowej – pomaga w ekshumacji zwłok. Obserwacja sekcji zwłok ukraińskiego żołnierza, którego ciało przez 1,5 roku mumifikował piach i błoto, robi wrażenie na Sergieju. I jest to również wstrząs dla widza – scena jest niemożliwie długa. Zanurzamy się w naturalistyczną, ale zarazem bardzo rzeczową analizę czyjejś śmierci. Jakąś symetrię widzę w jednej ze scen końcowych – równie długiej – scenie zbliżenia między Sergiejem i wolontariuszką. Jakby ten rozkład i samą śmierć miała zrównoważyć niema bliskość, wybór życia.
Przyglądając się wydobywaniu kolejnych zwłok, miałem wrażenie, że obserwuję pracę archeologów. Jakby dotyczyła ona znaleziska sprzed tysiąca lat. Taka jest sugestia tytułu, nawiązującego do mitycznego miasta, które zniknęło pod wodą. Wszystko wydało się takie odległe, niemal nierealne, jakby to była historia zaginionej obcej cywilizacji, tyle że napisana na nowo.
Kilkakrotnie pojawia się w filmie motyw wody – praprzyczyny wszystkiego. Siergiej bierze kąpiel w starej zardzewiałej łyżce koparki – obraz swoistego katharsis – obmywa się z metaforycznie brudnej przeszłości. W „Atlantydzie” dopatrywać się można greckiego toposu „arché”. Wody, która jest początkiem wszystkiego, znakiem przemijania i trwania zarazem. Skojarzenie z heraklicką maksymą – panta rhei (wszystko płynie) – mogłoby nieść pociechę, że przeminie również ból i trauma.
Ale Vasyanovych mówi też o katastrofie klimatycznej, która w niedalekiej przyszłości może czekać mieszkańców tamtejszych regionów. Przyszłość jest bardzo niepewna. Obyśmy nie byli świadkami przemiany mickiewiczowskich stepów Ukrainy w piaszczyste, spalone słońcem wydmy rodem z pustyni saharyjskiej.
Śledzimy poczynania Sergieja, obserwując zachodzące w nim zmiany, jego urządzanie się w nowym świecie – nie wiedząc, czy to sposób na przetrwanie i powolną regenerację czy pogrążanie się w niebycie i klaustrofobicznym turpistycznym odludziu.Efekt wzmacnia muzyka, a wiarygodności dodaje niespieszny rytm opowieści. Długie sceny sprzyjają refleksji, uruchamiają kontemplację surowych ukraińskich krajobrazów. Reżyser doszedł do niemałej wprawy w statycznych ujęciach – jest ich naprawdę dużo, są dominujące. Film składa się tylko z 28 ujęć. Nieporuszona kamera przedstawia nieruchomy świat stagnacji, tylko w ważnych dla fabuły momentach coś się zmienia.
Film pierwszy raz został pokazany na początku 2019 roku, w tym samym roku wygrał w kategorii HORIZONS na festiwalu filmowym w Wenecji. Warto dać temu filmowi szansę. Został on doceniony w Wenecji, ale doceni go każdy, kto nie boi się zagłębić w ponure ukraińskie realia, kto nie boi się zanurzyć w szarość i ludzki dramat.



