
Rok się rozkręca. Wchodzimy rekomendacją filmu, który polecamy gorąco! Mateusz wyjaśnia filmowe konteksty i rekomenduje reżyserię Kornéla Mundruczó. Gra aktorska Vanessy Kirby przyniosła jej wenecki Puchar Volpi. Poza tym wszystkim – to piękna, poruszająca emocje opowieść.
„CZĄSTKI KOBIETY” [Netflix]
Rekomenduje: Mateusz Jeleń
LUDZKIE DZIECI
O Kornélu Mundruczó mówi się, że jest reżyserem-demiurgiem. Realizm mu nie wystarcza, a materia filmowa ugina się pod jego wolą. Gatunkowe formy przecinają się, przeobrażają na oczach widza, dopełniając metafilmową, kaufmanowską narrację („Łagodny potwór”), czy też zawiązując się w prosty, ale eklektyczny moralitet („Biały bóg”).
W najnowszym filmie węgierski reżyser korzysta z filmowych tropów z gracją i swobodą muzyka free time. Nieskrępowany sygnaturą czasową pozwala sobie na otwarcie filmu wstrząsającą, półgodzinną sekwencją nieudanego porodu domowego – utrzymaną w większości na jednym, umęczonym ujęciu. Tutaj Mundruczó romansuje ze stylem największych „realistów” – kurczowe trzymanie się twarzy postaci à la bracia Dardenne, chaos i klaustrofobia László Nemesa i thrillerowa subtelność w rozrzucaniu ziarenek niepokoju jak u Cristiana Mungiu. Vanessa Kirby, wcielająca się w ciężarną Marthę, od pierwszych chwil porywa naturalistyczną i boleśnie intymną grą aktorską. Jej mimika jest naga, na wierzch wychodzi gorączkowy strach i obezwładniające zmęczenie. Prawdziwy reżyserski i aktorski tour de force.
Mundruczó kończy scenę pokazując paradoksalne miejsce styku hiperrealizmu z surrealizmem, kiedy w mgnieniu oka dziecko zabarwia się na sino, a scena zamienia się w koszmar rodem z „Głowy do wycierania”. I dopiero wtedy na ekranie pojawia się tytuł. „Cząstki kobiety”.
Film następnie spuszcza z tonu. Już nie uda mu się podbić lub nawet wyrównać emocji z prologu. Wychodzi na jaw to, jak radykalnie niefilmowa, arytmiczna jest fabuła „Cząstek”. Zaczyna się od Hitchcockowskiego trzęsienia ziemi, lecz potem napięcie się urywa, niczym cienka linia życia noworodka. Wcale to jednak nie znaczy, że reżyser gubi zainteresowanie historią po elektryzującej pierwszej ćwiartce.
„Cząstki kobiety” są przede wszystkim o radzeniu sobie z traumą, czyli temat niby ograny, lecz Mundruczó z powodzeniem omija wszelkie klisze dramaturgiczne, opowiada swoją historię eliptycznie i niejednoznacznie. Nasyca film metafizyczną aurą, która jednak jest znacznie cieńsza niż zazwyczaj. W miejsce pustki po śmierci dziecka Mundruczó stawia swoją idée fixe – budowę mostu – nakręconą jak antyteza dla dardennowskiego piekła z prologu, statyczną i spokojną.
Reżysera ciągnie do alegoryzmu, patosu, wyrwania się z okowów weryzmu – w końcu jego filmy słyną z szaleństwa formy a nie szczerości. Lecz w „Cząstkach kobiety” nie ma ani lewitowania, ani morderczych psów z jego poprzednich filmów. Ostała się jednak spora dawka symbolizmu – momentami nachalnego, ale całe szczęście bardziej zniuansowanego i skupionego na czynniku ludzkim a nie dętym dydaktyzmie. Tu metaforyka jest głęboko ugruntowana w psychice bohaterów, którzy żyją w bańce symbolicznych gestów.
W „Cząstkach” wszystko sprowadza się do rodziny. Samochód niedoszłym rodzicom sprzedaje chłopak siostry Marthy, a prawniczką pary, i jednocześnie kochanką męża, jest jej kuzynka. Matka-Żydówka (Ellen Burstyn) wyemigrowała z Europy, przyszła na świat pośród terroru drugiej wojny światowej. Brzemię ocalałej z Holocaustu zostało przekazane z matki na córkę. Ona urodziła się ledwo żywa w szopie na przekór nazistowskiemu reżimowi, więc Martha, mimo burżuazyjnego stylu życia w dzisiejszym Bostonie, decyduje się na symboliczny poród domowy. Akt ten nabiera niemalże rytualistycznego charakteru, jakby był hołdem w stronę traumatycznej historii rodziny, próbą przekazania dalej genu przetrwania, ale długo wyczekiwany moment okazał się być tylko jałową mimikrą. Nie cudem jak u Cuaróna, lecz przyprawiającą o mdłości medyczną procedurą zakończoną tragedią.
Mąż Marthy (Shia LaBeouf) epatuje agresywną męskością, lecz jest tak samo bezsilny jak ona i z tej bezsilności i kruchości człowieka bije z filmu coś wręcz antropofobicznego – jakiś wstręt do cielesności ludzkiej egzystencji. Dlatego Martha znajduje pocieszenie w życiu, w najbardziej minimalistycznym słowa tego znaczeniu. W kiełkujących roślinach, końcach mostu, które powoli zbliżają się do siebie. Apoteoza życia jako czysty, temporalny rozwój.




