JUDAS and the BLACK MESSIAH

„Judas and The Black Messiah” – reż. Shaka King, USA 2021

Otóż. Jak inaczej zacząć po dłuższej przerwie? Oscary rozdane! Są wskazania, by nie przegapić tych kilku tytułów, które były w grze. Nie wszyscy zdążyli sprawdzić „naocznie”, więc kilka podpowiedzi. Zaczynamy od zdobywcy statuetki dla drugoplanowego aktora i … dla piosenki.

JUDAS AND THE BLACK MESSIAH (2021)

Rekomenduje: Mateusz Jeleń

MARZYCIELE

Dwa filmy z tegorocznego sezonu oscarowego ogniskują się wokół tematu masowych rebelii roku 1968. Pierwszy, „Proces siódemki z Chicago”, był dla mnie raczej rozczarowujący. Z żarliwych historii dziesiątek ruchów kontestacyjnych Aaron Sorkin zsyntetyzował film spetryfikowany gatunkowo i zasadniczo establishmentowy, skupiający się głównie na ruchu pacyfistycznym i to z widoczną pro-amerykańską emfazą. Dopiero drugiemu, „Judas and the Black Messiah”, udało się uchwycić ducha, czy też widmo, rewolucji unoszące się w powietrzu pod koniec lat 60. w Stanach Zjednoczonych.

Film opowiada o jednej z najgłośniejszych zbrodni COINTELPRO – zabójstwie Freda Hamptona, lidera Czarnych Panter w Chicago. Shaka King jednak kładzie nacisk nie na Hamptona (Daniel Kaluuya), lecz na Billa O’Neala – Judasza Iskariotę – wtykę w szeregach Panter. O’Neal został zrekrutowany przez agenta FBI (Jesse Plemons) po nieudanej kradzieży auta, kiedy zapytany, czy został zbulwersowany zabójstwem Martina Luthera Kinga czy Malcolma X, odpowiedział, że nie wie, nie ma zdania, nie myślał o tym. Wobec tego od początku jawi się jako przeciwieństwo Hamptona i rewolucjonistów, apatyk i mimetyczny oportunista – najlepszy materiał na szpiega. Tutaj trzeba zwrócić uwagę na fenomenalną kreację aktorską Lakeitha Stanfielda. W roli O’Neala jest niepokojący i manipulacyjny, ale też sprawia wrażenie zaszczutego i rozdartego, pogrążonego w marazmie. 

Shaka King prowadzi swój film w atmosferze noirowej. Nocne, ziejące neonami Chicago jest pokryte brudem, przywodząc na myśl Nowy Jork z „Taksówkarza”. Soundtrack jest wypełniony jazzowymi tropami, zaczynając od kroczących linii basowych, kończąc na frenetycznych, wzburzonych saksofonach. Autorem zdjęć jest znany ze współpracy ze Stevem McQueenem Sean Bobbitt, który ani na chwilę nie pozwala, aby ciężki, przeładowany patosem temat przerósł siłę udźwigu reżysera. Dlatego sfera wizualna ma tę charakterystyczną dla duetu Bobbit – McQueen „opływową” właściwość. Ma ten sam hipnotyczny rytm, co „Głód” czy „Wstyd” i momentami wręcz synestezyjne połączenie warstwy audialnej z obrazem. 

„Judas and the Black Messiah” w niektórych momentach jest agitacyjnym ciosem prosto w serce a w innych hektycznym transem, hipnagogicznym koszmarem, wykraczającym poza ramy kina politycznego (przypominając w tym McQueena, ale też trylogię neurotyczną Elio Petriego). Tutaj też ujawnia się geniusz scentralizowania filmu wokół postaci O’Neala. Ponieważ to jego losy – inercyjnego zdrajcy, postawionego między młotem a kowadłem – są chyba najradykalniejszą reprezentacją wyniszczającej roli systemu i totalnego odpodmiotowania jednostki. Dlatego Shaka King szczególnie zwraca uwagę na pieniądze, wymianę banknotów i na władzę zaklętą w tych małych kawałkach papieru (czy też w odznakach policyjnych), dopełniając krytykę kapitalizmu, która w końcu jest inherentna dla materiału źródłowego. Pojawia się ona, oczywiście, explicite w przemowach Hamptona, Malcolma X i spółki, ale też subtelniej – w wypłatach, które przyjmuje O’Neal, w nieskończonej akumulacji srebrników w kieszeni Judasza. 

Shaka King w swoim komentarzu politycznym jest prowokacyjny, ale też pełen niuansów. Mieszanka gatunków i tonalności w połączeniu z tak wierną rekonstrukcją politycznego zeitgeistu lat 60. służą przede wszystkim wywołaniu reakcji idiosynkratycznej u widza. Nie znaczy to jednak, że „Judas” jest „neutralny politycznie”. Shaka swoim filmem stawia się zdecydowanie po stronie rewolucyjnej, ale robi to bez idealizacji, nie stroniąc od wskazywania błędów Panter.

LaKeith Stanfield (William O’Neal)
Daniel Kaluuya (Fred Hampton)

Dodaj komentarz