HERBERT. BARBARZYŃCA W OGRODZIE

„Herbert. Barbarzyńca w ogrodzie” – reż. Rafael Lewandowski, Polska 2021 (dokument)

Usłyszałam taki głos krytyków, że polskie kino obsesyjnie karmi się nostalgią. Wraca do PRL-u w komediach („Zupa nic”) i dramatach („Żeby nie było śladów”, „Hiacynt”). Aż głowa mu się krzywi od tego skrętu na minione. I że fabuły są takie dokumentarne w zalążku. Może, może – ale dokument jeśli taki jest, to chyba nie dziwi. Właśnie portrety twórców/ludzi oglądałam na tegorocznym Millennium Docs Against Gravity najchętniej. Tasując tytuły, stawiam na taki nieoczywisty, może lekko odstraszający szkolną konotacją. [Festiwalowy dostęp on-line niestety minął (25.09.), ale tytuł na pewno będzie wkrótce uchwytny].

Rekomenduje: Renata Borowiak

„HERBERT. BARBARZYŃCA W OGRODZIE”. Dlaczego polecam dokument o Herbercie? Bo dla poety to może jedna z nielicznych szans na ocalenie. Od czego-przed czym? Od pomnikowego wizerunku, od naftaliny moralizmu i pułapek, czyhających na każdego, kto do szkolnego kanonu wpisuje się wybiórczo, za to podniośle. Polecam nie tylko ze względu na Herberta, również z przekonania, że to film o ciekawej – niedzisiejszej – mieszance wdzięku, inteligencji, wrażliwości, charyzmy – przyprawionej wewnętrznym piekłem. O ile piekło może być tylko przyprawą.

STARY TEKŚCIARZ I WDZIĘK BARYTONU

„Drodzy Nieznajomi,Jesteśmy dość osobliwą, małą skłóconą gromadką, bez której prześwietna ludzkość może się zupełnie dobrze obejść”.Początek listu do studentów, adeptów sztuki aktorstwa. Pamiątka odwiedzin Herberta na próbie dyplomowej u Zapasiewicza. Słowa wiszą do dziś w murach szkoły. „Czeka Was życie wspaniałe, okrutne i bezlitosne. (…) tylko takie godne jest artysty”. Wie, o czym mówi. Podpisuje się: „stary tekściarz”. Charakterystyczna dla niego tonacja: głos człowieka, który z podniesioną głową (wyprostowaną postawą), nie wymachując cierpieniem – bo to jest „kwestia smaku” – gotów uparcie powtarzać kilka prostych słów (odwaga, wierność, czułość do świata).

W filmie mówi jego słowami Eliza Rycembel, wygłasza je jak memento, jak osobiste credo. Jest najmłodszą rozmówczynią. Potrzebną tym bardziej, że pozostali są ludźmi z kręgu Herberta – p. Katarzyna, żona poety, przyjaciele, tłumacze, zagraniczni wydawcy, następcy (Zagajewski, Toruńczyk).

I choć zaczęłam z wysokiego c, schodzę na niższy poziom, który do wizerunku moralnego guru dodaje przykuwające uwagę dwa składniki: WDZIĘK i MROK.
Tego nie udźwignie fotografia, ale archiwalia potwierdzają: błysk w oku, inteligentna riposta, autoironia (!), wygłup obok powagi (wcale jej nieszkodzący), magnetyzm towarzyski i wiara, którą chciałoby się mieć: że świat jest ogrodem, w którym warto buszować zachłannie. Herbert („barbarzyńca” zza żelaznej kurtyny) tak właśnie zwiedza wolną Europę (Włochy, Niemcy, Grecję, Francję). Szkicuje i notuje codziennie i metodycznie. Wszystko – jakby dane mu to było na chwilę, a niezapamiętane miało przepaść. Ma niezłą kreskę, czujny wzrok, głowę pełną lektur. Wchłania sztukę, ale też każdy okruch codzienności (wygląd kamienic, nazwy win i potraw). Do Izraela jedzie z tomem Flawiusza w roli bedekera – co jeden z tamtejszych towarzyszy puentuje z niegasnącym do dziś zdziwieniem: jakby świat był taki jak za pierwszych chrześcijan.

A świat jest zupełnie inny. XXI-wieczny filtr tylko potęguje zdziwienie: tyle pracy i pasji włożonej w odkrywanie czegoś, co dziś odsłonić mogą Google Maps i wirtualny spacer po dowolnej galerii. Bez trudu podróży – albo w podróży pełnej udogodnień. Wydaje mi się, że film uświadamia różnicę, więc jej nie dopowiem. To, co zyskaliśmy, można by również nazwać stratą.

Nie jest tajemnicą – zwłaszcza po przepastnej biografii napisanej przez Franaszka (2018) – że Herbert budował relacje trudne. Lgnęli do niego ludzie, a on „potrafił” ich ukąsić trafnie dobranym żądłem, nie zaprosić przyjaciół na urodziny, upić się nie na wesoło. Wdzięk z biegiem lat stawał się nie do udźwignięcia, bo coraz większy był balast przewrażliwień; coraz cięższa garda godności skrywała rozczarowanie i chorobę. Alkohol, depresja i inne stare obsesje, z których – wg Herberta – artysta nie powinien się leczyć, lecz garściami czerpać. Radykalizm polityczny (ogólnie mówiąc: niechęć do III RP) weryfikował dawne przyjaźnie. Herbert, który miał tyle barw i nieprzebrany intelektualny potencjał, zastygał w narodowej kliszy.

Może jeszcze nie do końca? Pierwotny tytuł tego dokumentu to „HERBERT MIMO WSZYSTKO”. Inspiracją (i współbohaterką! – dla mnie wręcz równorzędną!) jest żona poety, pani Katarzyna Herbert, która boi się, że to, co zostanie z Herberta, będzie nie tym, co rzeczywiście było ważne. Właśnie dlatego (podzielając obawy) – polecam.
„Prześwietna ludzkość” może – oczywiście – obyć się bez Herberta, ale niechby tak spróbowała go posłuchać. Dosłownie, bo to przedni baryton, i sięgając do wierszy i esejów. Niechby zaryzykowała czytać tak, jak czytają go dziś amerykańscy poeci. Mówi jeden z nich: „Moim zdaniem w Polsce doszło do wypaczenia reputacji Herberta. Owszem jest narodowym poetą Polski, ale to nie dlatego ja czy poeci amerykańscy go czytamy. Czytaliśmy go, ponieważ mógł nas wiele nauczyć – o trudnościach w opisywaniu rzeczy, o znaczeniu przedmiotów, o związkach między przedmiotami i ludźmi, o naturze wyobraźni, o precyzji myślenia, o poezji i jej stosunku do cierpienia”. MIMO WSZYSTKO – HERBERT.

Dodaj komentarz