
Coś na kształt greckiej tragedii – nad tą historią od pierwszych chwil wisi fatum. Wiemy, co się zdarzy. Wiemy, kim jest reżyserka („Grbavica”), więc nie czekamy na zwrot akcji. Nie będzie tarantinowskiej wersji alternatywnej. Zdarzyć się musi to, co zdarzyło się 26 lat temu na Bałkanach. Jesteśmy w tym patrzeniu równie bezbronni jak ona, Aida.
„AIDA”
Rekomenduje: Mateusz Jeleń
IDŹ I PATRZ
Jakiś ponury anachronizm nabrzmiewa w obrazach krwawego rozpadu Jugosławii. Armia Serbska rozdaje Boszniakom puszki Coca-Coli, gdzieś na ścianie wisi plakat Jeana Claude’a Van Damme’a, trupy wykopane z masowych grobów mają na nogach adidasy. Ten posępny, ponowoczesny brikolaż ludobójstwa i komercji mówi jasno: to nie lata 40. tylko połowa lat 90. – milieu nam współczesnym całkowicie znajome. Nie możemy już zachować wobec niego dystansu historycznego, który często ułatwia odbiór historii drugowojennych, ani też dystansu geograficznego, nie ma już ściany Globalna Północ/Południe, za którą moglibyśmy się schować, tak jak chowamy się przed horrorami kolonializmu i neokolonializmu. „Aida”jednak jest filmem o tyle szczególnym, że wobec tego niezwykle naglącego tematu zachowuje uniwersalny charakter, unika tendencyjności.
Jasmila Žbanić, reżyserka „Aidy”, stoi niejako w rozkroku pomiędzy dwoma aktualnie modnymi wizjami kina wojny. Z jednej strony film jej może przywodzić na myśl model amerykański, stawiający nacisk na publicystyczne zrekonstruowanie prawdy, przyczynowo-skutkowy nagi realizm, zwieńczony cichym manifestem do widza – w stylu najlepszych hollywoodzkich filmów Greengrassa. Z drugiej jednak strony, „Aida”ma w sobie coś z art-housowego hiperrealizmu czy też surrealizmu, z metody László Nemesa, który w „Synu Szawła” wzbił się ponad goły kontekst faktyczny i historyczną kauzalność, relacjonując hic et nunc dantejskie realia obozu śmierci. Tak więc, „Aidę” można rozumieć zarówno jako polityczny alarm, ostrzegający przed zbiorowym atawizmem, powrotem do jaskiniowego nacjonalizmu w Europie, jak też jako ponadhistoryczną, egzystencjalną opowieść o człowieczej, w szczególności matczynej, bezsilności.
Žbanić zdaje się rezygnować z klasycznego, thrillerowego suspensu. Napięcie zastępuje czymś w rodzaju odgórnego nacisku, fatalistycznego, wręcz antycznego. Jakaś nieprzeparta siła, która powoli rozdziela ludzką masę wzdłuż linii patriarchatu: kobiety i dzieci do autobusów w stronę bezpieczeństwa, mężczyźni (i chłopcy), jako potencjalni żołnierze, do ciężarówek na przesłuchania i rozstrzelania. Finalna seria z karabinów maszynowych jawi się nie tyle jako fabularna kulminacja, co jako pewien boski żart, gorzki manifest historycznego Wiecznego Powrotu, którego najtragiczniejszym elementem jest właśnie to, że nie jest ani zaskakujący, ani szokujący.
Rekomenduje: Ania Falbierska
WIDAĆ – NIE WIDAĆ
Dłonie na przemian zakrywają i odsłaniają twarz. Dziecięce oczy mają zza nich ujrzeć świat ogarnięty pokojem i wspólnotą. A jednak jego podwaliny stworzyła wojna i walczące w niej pokolenia rodziców i dziadków, których podświadomość nadal rozbrzmiewa echem straty, strachu, nienawiści. Choć dokładali wszelkich starań, aby tę rzeczywistość odnowić i ulepszyć, żeby w najmłodszych dojrzeć nadzieję dla samych siebie.
Nic bardziej mylnego niż stwierdzenie, że dzieci i ryby głosu nie mają. Mało tego, ten błąd ma dwojaką naturę. Po pierwsze, zaskakująco wiele od tych małych istot zależy – przyszłość rzeczonego pokoju i wspólnoty, ale i przyszłość sama w sobie, zrzucana jest na ich barki. Po drugie, ów brak głosu tak samo tyczy się dorosłych. W krytycznych momentach również oni są bezsilni, bez możliwości, bez wyjścia.
Taką właśnie chwilą okazał się lipiec 1995 roku. Znane były dążenia Serbów, wiadomo było, że są w natarciu, bardzo zresztą bezwzględnym. Łudzono się, że można ich zatrzymać, że uda się ich opóźnić. Tak się nie stało. Stacjonujące nieopodal Srebrenicy siły Organizacji Narodów Zjednoczonych w porozumieniu z władzami centralnymi wystosowały więc ultimatum. Okazało się pustosłowiem. Instytucjonalna bezsilność, uwięziona w zawiłych kruczkach prawnych, nie ulatnia się wraz z papierosowym dymem. Bośniaccy cywile zostali więc zmuszeni do opuszczenia swoich domostw, pozostawienia życiowego dorobku. Mieli się udać w bezpieczniejsze miejsce, które powinna zapewnić im pobliska baza ONZ. Problemem stała się jednak jej pojemność – większość ludzi musiała zwyczajnie koczować przed drutem kolczastym, czekać na nieokreślony dar losu.
Od tych wydarzeń minęło przeszło dwadzieścia lat. Dawno – niedawno. A przecież zaledwie kilka miesięcy temu łudząco podobna sytuacja miała miejsce w Afganistanie. Może postęp omija niektóre dziedziny życia.
W historii konfliktów kluczowe znaczenie odgrywa komunikacja. Jej międzynarodowa odmiana byłaby niemożliwa bez tłumaczy. Tą właśnie profesją para się Aida (w tej roli Jasna Đuričić, która wykonała fenomenalną robotę, bo z jej bohaterką się jest i współodczuwa całym sercem). Mieszkanka Srebrenicy, która – nietypowo jak na te czasy i ten region – zna język angielski. Z tego powodu gdy pod bazę ściąga coraz więcej ludzi, zarówno jej, jak i spotykanym w tłumie sąsiadom wydaje się, że wiele spraw będzie mogła załatwić, wielu osobom pomóc. Ale drugim głównym bohaterem znowu ma okazać się bezsilność. Oryginalny tytuł zawiera w sobie pytanie bardzo dobrze kulturze znane – Quo vadis? Kim jest i dokąd więc zmierza Aida? Przede wszystkim jest kobietą, żoną i matką. Kroczy (a częściej nawet gna, bo zegar nieustannie tyka) ku ocaleniu siebie i swoich najbliższych, ku prozaicznemu, bezpiecznemu, pokojowemu życiu. Czyli notabene tam, gdzie większość z nas. Czy dane jej będzie tam dotrzeć?
Niełatwo pisać o tym filmie obiektywnie. A nawet jeśli jakieś mankamenty miałabym wypunktować, to na nieco karykaturalnym przedstawieniu Serbów lista by się skończyła.
Nie tak często powtarzam za Michaelem Haneke „nie pamiętam filmu, ale pamiętam emocje”. Tym razem jednak przez większość seansu trwałam z zapartym tchem tylko po to, żeby pod koniec odebrał mi go zupełnie. Jest to obraz bardzo realny i bezwzględny, pozostawiający niewiele złudzeń, po którym trzeba wziąć kilka głębszych wdechów. Kwestie dojrzenia nadziei zostawia każdemu z osobna. Wymaga to jednak konfrontacji z rzeczywistością. Być może kiedyś odsłonimy twarze i ujrzymy ziemię obiecaną. Tymczasem, trzeźwo patrząc na to, co wokół nas: dokąd zmierzamy?


