
Bardzo lubimy Madsa Mikkelsena. Tak po prostu, za wszystko. Tatiana sprawdza – co z najnowszym filmem, w którym zagrał. Nie wszystko jest na tak, ale obejrzeć WARTO. Poniżej tekst, który to uzasadnia.
JEŹDŹCY SPRAWIEDLIWOŚCI
Rekomenduje: Tatiana Rosa
Czy ludzie są zdolni do sprawiedliwego wymierzenia kary, czy w ogóle mają prawo do wymierzania sprawiedliwości oraz czy człowiek jest w stanie zrozumieć mechanizmy przyczynowe, które determinują skutki? To pytania, które przychodzą na myśl po obejrzeniu filmu Andersa Thomasa Jensena.
Reżyser jasno przekazuje, że wszystko ma swój własny ciąg przyczynowo-skutkowy, każde wydarzenie jest poprzedzone wieloma innymi i ludzie w obliczu tego niewiele są w stanie zrozumieć i zrobić. Lecz próbują. Jednym z powodów podejmowania tej próby działania jest ogromna ułomność człowieka – chęć zemsty.
Marcus (Mads Mikkelsen) wraca z misji wojskowej do domu aby opiekować się nastoletnią córką – Mathilde, po śmierci żony w rzekomym wypadku. Marcus i Mathilde nie rozumieją siebie nawzajem, oboje cierpią, nie umieją sobie poradzić ze stratą, nie umieją siebie wesprzeć. Trudno jednoznacznie stwierdzić, kto się kim zaopiekował, ponieważ Marcus nie jest idealnym ojcem, a starania wychodzą mu kiepsko. Jako żołnierz jest surowy, stanowczy, obsesyjny a problemy rozwiązuje przemocą i siłą. Mikkelsen bardzo dobrze gra lekko nieobecnego, pozornie statycznego, ale w głębi duszy pełnego silnych emocji. Emocje Marcusa nasilają się, kiedy do jego drzwi puka trzech facetów, w tym jeden świadek śmierci jego żony. W obliczu żałoby, jaką Marcus przeżywa okazuję się, że to nie był wypadek, że jest kogo oskarżyć, obarczyć winą. Bo przecież łatwiej jest sobie poradzić z trudnościami, przeciwnościami losu, kiedy możemy się na kogoś wściekać. Tak zaczyna się historia zmagań, którą napędza chęć zemsty Marcusa żołnierza, kłamcy Lennarta – naiwnego i nerwowego matematyka, obsesyjnego informatyka Emmenthalera oraz statystyka Otto – świadka wypadku, być może dręczonego poczuciem winy.
Podobno ludzie z problemami łączą się, a w tym filmie jest to narysowane grubą kreską z nutą humoru i naiwności, czasem wręcz nierealności, co w pewnym momencie było dla mnie nie do przejścia. Nie spodziewałam się krwi i strzelania niczym w filmach Tarantino. Okazuje się, że człowiek może posunąć się bardzo daleko, aby osiągnąć cel. Decyzje determinują następne, mimo zmiany perspektywy i poglądów, lecz często nie ma już odwrotu, trzeba zacząć się bronić aby nie upaść, niczym Makbet.
Moim zdaniem „Jeźdźcy sprawiedliwości” to próba analizy radzenia sobie z emocjami w obliczu przeciwności losu, w obliczu żałoby. Próba zrozumienia roli Boga w nieszczęściach. Próba znalezienia przyczyny, winowajcy i analizy roli przypadku w życiu. Czy udana? Z jednej strony tak, ale jednocześnie chyba trochę zbyt powierzchowna. Dla mnie ten film to próba dogłębnej analizy, której efektem jest zbyt powierzchowna forma szukania odpowiedzi na ważne pytania w zbyt oczywistych dialogach. Być może taki był zamiar twórcy, biorąc pod uwagę, że jest to karykaturalny kryminał duński przeplatany czarnym humorem.
Trochę analogiczne wydają się być “Jabłka Adama” – film z 2005 r., tego samego reżysera i również z Madsem Mikkelsenem w roli głównej. Znałam ten film przed obejrzeniem „Jeźdźców sprawiedliwości”, więc oczekiwałam wiele. Niestety, trochę się zawiodłam. Reżyser wykorzystał podobne motywy i aktorów, ale w bardziej sensacyjnej i mniej pogłębionej odsłonie. Oczywiście stawia również inne pytania, podpowiada odpowiedzi w inny sposób, a główne charaktery obu filmów są podobne w swoich przeżyciach, a jednocześnie zupełnie inne w działaniach.
W filmie sprzed szesnastu lat, główny bohater – ksiądz Ivan przyjmuje w celu resocjalizacji neonazistę Adama. Ostatecznie w przewrotny sposób zamieniają się rolami i to zło okazało się wyznacznikiem i drogą do dobra. Ivan wierzy bezgranicznie w dobro Boga. Reżyser nawiązuje do Hioba, zastanawia się nad pytaniem, czy Bóg może powodować zło? Natomiast główny bohater filmu sprzed roku – Marcus twardo stąpa po Ziemi i nie wierzy w żadne aniołki i niebo. Mimo to światopoglądy Marcusa i Ivana są zbudowane podobnie – na błędnych przekonaniach, które w końcu legną w gruzach. Postacie, które zagrał Mikkelsen cierpią żałobę, są nieczułe i dopiero bezsilność okazuje się dla nich ratunkiem.




