
„Diuna” rozbija Box Office, więc dziś właśnie o niej.
Rekomenduje: Kuba Marszałkiewicz
DIUNA, PODEJŚCIE TRZECIE
Kiedy dowiedziałem się o powstającej nowej adaptacji „Diuny”, nie wiedziałem o tym świecie zupełnie nic. W oczekiwaniu na film sięgnąłem więc po powieść Franka Herberta. Poznałem też dwie poprzednie ekranizacje (film z 1984 r. i serial z 2000 r.). Do „Diuny” Denisa Villeneuve’a podszedłem więc z wysokimi oczekiwaniami. Nie zawiodłem się.
„Diuna” to klasyczna powieść science fiction, dziejąca się w dalekiej przyszłości. Filmowa (i książkowa) historia skupia się na rodzie Atrydów, który dostaje w ramach lenna od Imperatora planetę Arrakis, tytułową Diunę, którą wcześniej władał rywalizujący z nimi ród Harkonnenów. Ta pustynna planeta jest jednak czymś więcej niż tylko stertą piachu – to jedyne w całym kosmosie źródło melanżu, narkotycznej substancji, dzięki której możliwe są m.in. podróże międzygwiezdne bez użycia zaawansowanych komputerów (zakazanych po wojnie z myślącymi maszynami). Arrakis staje się więc centrum konfliktu rodów Atrydów i Harkonnenów i pułapką dla nowych władców.
W tym świecie świetnie odnalazł się Villeneuve, który wraz z resztą scenarzystów przeniósł na wielki ekran na tyle dużo treści, żeby film wprowadzał nas w niesamowity świat wykreowany przez Herberta, ale na tyle mało, żeby nie przytłoczyć widza, mającego pierwszy kontakt z tym uniwersum. Dostajemy więc „Diunę” uproszczoną filozoficznie, ale z pakietem – podanych w filmowej poetyce – jej najlepszych wątków. Mamy tu treści ekologiczne, polityczne czy religijne (łącznie z ideą mesjanizmu). Nie jest to typowy blockbuster, bombardujący widza ze wszystkich stron scenami akcji, lecz spokojna, płynąca swoim tempem historia młodego Paula Atrydy, w której jak u Herberta, nawet sceny batalistyczne są tylko tłem wydarzeń.
Nowa „Diuna” to – oprócz dobrze przeniesionej na ekran historii – po prostu ładny film. Wizualnie stawia na monumentalne budowle i statki kosmiczne, a zarazem na minimalizm lokacji i brak zbędnych szczegółów. Pojawiają się oczywiście detale, ale mają one znaczenie fabularne – np. przewijające się co jakiś czas byk i nóż czy płaskorzeźby w pałacu w Arrakin. Klimatu dodają pustynne krajobrazy Jordanii i piękne kostiumy, które idealnie wpasowują się w interpretację powieści. Nie można zapomnieć również o genialnej muzyce Hansa Zimmera, który dla „Diuny” porzucił swój standardowy styl i skomponował pustynne arcydzieło ze świetnymi motywami muzycznymi na bazie ludzkiego głosu i prymitywnych instrumentów.
Dopełnieniem całości jest gra aktorska. W filmie pojawia się przecież plejada gwiazd: Stellan Skarsgard, Oscar Isaac, Javier Bardem, Zendaya czy Jason Momoa. Znani aktorzy, którzy sprawdzają się w swych rolach wyśmienicie. Jednak na osobną uwagę zasługuje dwoje aktorów. Rebecca Fergusson (Lady Jessica), która spisała się fenomenalnie, grając rozdartą między dwoma światami kobietę, oraz Timothee Chalamet (Paul Atryda), który pomimo moich wcześniejszych obaw, wykreował postać podobną do granych poprzednio zbuntowanych młodych chłopaków, ale równocześnie zupełnie inną i wiarygodną.
Trzeba by na koniec trochę ponarzekać, bo niestety film ma jedną sporą skazę – jest nią struktura opowieści i wynikające z niej konsekwencje. „Diuna” Villeneuve’a od początku była zapowiadana jako adaptacja połowy książki, co pociągnęło za sobą konieczność karkołomnych cięć kompozycyjnych: trzyczęściową fabułę trzeba było rozdzielić na pół. Scenarzyści znaleźli przekonujący moment, ale sam zabieg nie do końca mnie przekonuje. Po seansie czułem się trochę, jakbym wychodził z „Drużyny pierścienia”, pozostawiony w momencie rozpoczęcia nowej przygody przez bohaterów, ale bez potwierdzonych „Dwóch wież”. Mimo że film fabularnie się broni, zakończenie zostawia niedosyt, szczególnie jeśli zna się dalszą fabułę. I chociaż przez 2,5 godziny nie nudziłem się nawet przez moment, to jednak uważam, że korzystniej byłoby ekranizować „Diunę” jako trylogię z krótszymi częściami (ewentualnie 3-odcinkowy, wysokobudżetowy miniserial, chociaż wtedy najpewniej ominęłaby kina).
„Diuna” Denisa Villenueve’a to film bardzo dobry, wynagradza czas oczekiwania na premierę i – według mnie – jest najlepszą dotychczasową ekranizacją tej powieści. Dla nieznających uniwersum Franka Herberta powinna być bardzo dobrym początkiem, który nie przytłoczy nikogo złożonością świata. Jest też ładnie zrealizowanym filmem – tak jak poprzednie dzieła reżysera. Gorąco rekomenduję i polecam seans (najlepiej na jak największym ekranie). Z niecierpliwością czekam na potwierdzenie kontynuacji historii Paula Atrydy na pustynnej Diunie.
Jak to się mówi – do trzech razy sztuka.




