
Dominika, Ania i Łukasz piszą o jazzowym powrocie do początku lat 70. i nagrodzonej w Gdyni grze Dawida Ogrodnika. Jury rolę Mietka Kosza postawiło wyżej niż rolę Bartosza Bieleni w „Bożym Ciele”. Wystarczający powód, by sprawdzić to osobiście.
Rekomenduje: Dominika Stachowiak
IKAR. LEGENDA MIETKA KOSZA
Lubię jazz. Znam kilku jazzowych artystów. Uważam, że jazz jest przyjemny. Jak dotąd nie znalazłam jednak w tej muzyce niczego, co by mnie porwało i uczyniło ze mnie zdeklarowaną fankę. Z najnowszym filmem Macieja Pieprzycy mam podobnie. „Ikara. Legendę Mietka Kosza” obejrzałam bez rozczarowania i bez zachwytu.
Film opowiada historię polskiego jazzmana, Mietka Kosza. Obserwujemy jego losy od lat dziecięcych przez najlepsze momenty w jego karierze, aż po tragiczny koniec. Polskie filmy biograficzne, choć udane (doceniam „Bogów”, „Sztukę kochania” i „Najlepszego”), przyzwyczaiły nas do pewnego schematu. I tym schematem podąża „Ikar…”. Nie uświadczymy tu nowatorskiej narracji. Klasyczne retrospekcje pokazują niełatwe dzieciństwo dorastającego na prowincji Mietka. Bohater ma do pokonania większe niż inni bariery: nieodwracalnie traci wzrok. Doświadcza pierwszych porażek jako pianista, dostaje szansę i osiąga sukces, którego nikt mu nie wróżył. Wielki geniusz łączy się, oczywiście, z wielką samotnością, co również nie jest niczym odkrywczym. Widzimy biedaka samego, topiącego smutki w alkoholu, czy wręcz rozpaczliwie szukającego towarzystwa, by pochwalić się najnowszą kompozycją.
W filmie Pieprzycy bohater naznaczony jest niepełnosprawnością, która jeszcze mocniej alienuje go z otoczenia. Mietek jest niewidomy. Co za tym idzie – niezbyt samodzielny. Choć zastrzega, że chce być samowystarczalny i nikogo nie potrzebuje, w głębi duszy pragnie miłości i troski. Każde odrzucenie – przez ojca, przyjaciela, dziewczynę – bardzo go boli.
Dawid Ogrodnik przyzwyczaił nas, że poniżej pewnego poziomu nie schodzi i tutaj znów daje popis aktorski. Godne podziwu jest jego przygotowanie techniczne w scenach kiedy gra. Chapeau bas! Sceny koncertów to moim zdaniem najlepsze sceny w filmie. Wtedy naprawdę może nas ponieść magia jazzu Kosza, gry Dawida Ogrodnika oraz przepięknego światła! Światło jest wspaniałe. Pięknie niuansuje lub uwydatnia kadry, nadając im niepowtarzalny klimat.
Moją uwagę przykuł często pojawiający się w filmie motyw okna. Mały Mietek zagląda przez wielkie okno, do którego ledwo dosięga. Często widzimy go grającego w mieszkaniu z oknem w tle. Motyw jest nieprzypadkowy. Ci, którzy kiedykolwiek o Mietku Koszu słyszeli, wiedzą, że okno jest drogą ku śmierci. Można więc zinterpretować jego obecność jako znak wpisanej w tę biografię tragicznej śmierci. Można inaczej – mniej dosłownie – dostrzec w oknie metaforę otwarcia na świat i dodać, że takim oknem była również muzyka. Dźwięki pozwalały mu „widzieć”.
Seans „Legendy Mietka Kosza” mojego życia nie zmienił. Ale pozostawił mnie z refleksją, że choć polskie kino biograficzne ma się całkiem dobrze, to „bateria” zaczyna się wyczerpywać. Może czas na jakieś odważniejsze pomysły? Na przełamywanie schematów? Bo mimo iż te wszystkie filmy opowiadają o skrajnie różnych osobach, to mam nieodparte wrażenie, że gdzieś to już widziałam.
Rekomenduje: Ania Falbierska
ZAGRAĆ KOLORY
Cisza. Światło i muzyka. Cisza. Burza braw. Zamknięte koło artysty, w którym nasilenie jednego czynnika zależy od jakości drugiego. „Ikara” przyjęto na festiwalu w Gdyni piętnastominutowymi oklaskami. Czym wytłumaczyć taki aplauz?
Formalnie jest to dość prosty film o nielinearnej narracji, stopniowo odsłaniającej karty z życia pianisty, które ostatecznie tworzą gorzki portret postaci Mieczysława Kosza. Nie jest to bowiem kolejny feel good movie z przesłaniem w deseń „działaj mimo przeciwności” – historia nie skupia się na samym fakcie utraty wzroku. Jest to zresztą coś, nad czym bohater przeszedł już do porządku dziennego. Ważniejsza jest muzyka. Towarzyszyła mu od najmłodszych lat, pomogła zaakceptować nowy stan rzeczy, ostatecznie nawet stała się najlepszym sposobem komunikacji (bo kiedy spotyka się dwóch muzyków, nadrzędnym wspólnym językiem są dźwięki). Ścieżka artysty w przypadku Mietka była więc czymś stosunkowo naturalnym, można się nawet pokusić o stwierdzenie, że kariera pianisty wybrała jego (a nie na odwrót), nie zważając na niepełnosprawność chłopaka.
Na pierwszy plan wysuwa się również samotność bohatera. Powtarzający się motyw zatrzaskiwanych drzwi ściśle powiązany jest z poczuciem odosobnienia. W dzieciństwie oddany pod opiekę sióstr zakonnych, odrzucony przez kobietę, pominięty przez znajomych. Pozornie otoczony opieką ze względu na swoją niepełnosprawność, faktycznie pozostawiony sam sobie, zaczyna topić smutki w alkoholu, który alienację tylko pogłębia. Kolejne zamknięte koło.
Po raz kolejny popis swoich umiejętności aktorskich daje Dawid Ogrodnik. Jego gesty, sposób w jaki siedzi czy też się porusza – pewnie gra niepewną, zamkniętą w sobie postać. Ciekawym, choć momentami wybijającym z rytmu, zabiegiem są efekty dźwiękowe i wizualne, które pozwalają widzowi poznać świat takim, jakim odbiera go Mietek – znaczny wzrost głośności czy bardzo wyraźna winieta. Jednak najjaśniejszym punktem jest, co zrozumiałe, muzyka. Improwizowana „Etiuda Rewolucyjna”, zaaranżowana „Kołysanka Rosemary”. Jest w nich mnóstwo barw, które Ikar na prośbę matki przeistoczył w piękne dźwięki.
Rekomenduje: Łukasz Klawunn
USŁYSZEĆ WOLNOŚĆ
Ania, odnosząc się do przedstawionej w filmie historii Mietka Kosza, trafnie zatytułowała swoją rekomendację „Zagrać kolory”. Moim tytułem chciałbym jednak nie tylko nawiązać do tekstu przedmówczyni, ale przede wszystkim poszerzyć nieco kontekst historyczny filmu. Muzyka Leszka Możdżera (który gościnnie pojawia się nawet na ekranie) jest fenomenalna. Nie będzie przesadą, jeśli określę pracę tego wybitnego współczesnego muzyka wielkim powrotem jazzu do polskiego kina. Tak jak w PRL-u jazzmani tworzyli swoistą kontrkulturę, tak i dziś dźwięki trąbki czy fortepianu mogą kojarzyć nam się z powiewem prawdziwej wolności. Oczywiście, ograniczyć tę wolność możemy do fabuły (pogoń za marzeniami, walka z niepełnosprawnością, alkoholizm), ale możemy też odczytywać ją w kontekście bardzo aktualnego tematu, jakim jest spór o wolną kulturę, na którą coraz większy wpływ wywiera polityka. Jak inaczej mógł nam to przekazać Maciej Pieprzyca, jeśli nie odwołując się właśnie do muzyki jazzowej – tak niegdyś buntowniczej?
Wyraźnym problemem „Ikara” jest natrętna schematyczność, w którą popada przedstawiając wątki biograficzne. Zapewne dlatego Ania nazwała go filmem „prostym”, a Dominika podkreśla, że widziała podobnie opowiedziane biografie. Pieprzyca, z całą swoją nienaganną sprawnością techniczną, wskoczył dokładnie w tę samą pułapkę, której nie udało się uniknąć modnym ostatnio biografiom muzyków. Wybitny jazz nie uratował go od natłoku fabularnych klisz, tak jak spektakularna scena przedstawiająca koncert „Live Aid” nie uratowała „Bohemian Rhapsody”. Z całego tego towarzystwa najlepiej wybronił się „Rocketman”, korzystając z musicalowych aranżacji hitów Eltona Johna, dzięki czemu cały film zyskał szalony, eskapistyczny wydźwięk. Pieprzycy najwyraźniej tego polotu zabrakło, dlatego sceny przedstawiające dzieciństwo Mietka muszą obronić się same – pozbawione asa w rękawie, jakim jest w „Ikarze” muzyka. Łatwo się domyślić, że nie do końca się to udaje.
Warto rozwinąć jeszcze jeden temat poruszony przez Anię. Dźwięk w polskim kinie jest prawdziwą zmorą i zazwyczaj nie jest to aspekt, o którym krytycy chcieliby się pozytywnie wypowiadać. W tym przypadku jest inaczej. Usłyszeć możemy spotęgowane lub przytłumione dźwięki otaczające bohatera, mieszające się z dźwiękami i obrazami zaczerpniętymi ze wspomnień Mietka. Jest to bardzo ciekawa próba ukazania stanów wewnętrznych jazzmana, która zasługiwałaby na pełne uznanie, gdyby tylko reżyser nie zabrnął w tym zabiegu za daleko. Scena, w której, świetny jak zwykle, Dawid Ogrodnik prasuje koszulę a z offu słyszymy głos Jowity Budnik (wcielającej się w matkę Kosza) jest co najmniej przesadnie ckliwa, żeby nie powiedzieć żenująca.
Powtórzę za Dominiką: nie ma zachwytów, nie ma też rozczarowania. Mimo wszystko docenić należy warsztat Pieprzycy i pogratulować mu stworzenia naprawdę dobrej, nakręconej na hollywoodzką modłę biografii.


