
Coś na podładowanie akumulatorów. Ściślej: na złapanie wiatru w żagle. Na to, by uwierzyć, że niemożliwe (jeśli się go tak nie nazywa) może się spełnić. Wiara w marzenia przenosi góry. Ci, którym nikt nie dawał szans, zdeterminowani, zapędzą prześmiewców w szary kąt. Wszystkie te banalne motywki nabierają, oczywiście, świeżego sensu, gdy mamy przed oczami konkret.
Wielkie regaty: Whitbread Round The World Race. Ponad 30 tysięcy mil, kilka etapów (5), wiele dni na morzu (około pięciu miesięcy). Odwaga – by w ogóle pomyśleć o takim wyzwaniu, by się go podjąć i realnie zmierzyć z żywiołem i z własnymi możliwościami. I strach – bo to nie przelewki. Nie każdy wraca. Cóż, to coś dla prawdziwych mężczyzn! A tu nagle pojawia się babski zespół i sądzi, że da radę. Wyglądają na amatorki, kilka z nich (rzadkość!) zaliczyła krótsze regaty w roli kucharki. Ale żeby kobieta była kapitanem i skipperem, polegającym tylko na sobie i kilku siostrzanych istotach?! To zakrawa na żart, a stało się prawdą w roku 1989 (1990).
Może nie nagle, bo cztery lata zabrało Tracy Edwards skompletowanie załogi, zdobycie funduszy i oficjalnego sponsora. Nie powiem nic o tym, jak im szło i ile było prób, poświęceń, niespodzianek, bo na tym opiera się dramaturgia filmu. Film zobaczyć warto. Zwłaszcza ze względu na archiwalia. Opowieść – jak można się domyślać – zderza materiały sprzed 30 lat (dużo ich: wywiady, filmiki i zdjęcia z rejsu) ze współczesnym komentarzem tych, którzy w regatach wzięli udział. Dla załogi Maiden to złote wspomnienia. Dla mężczyzn z konkurencyjnych zespołów – sentymentalny powrót do czasów, gdy żarty z pań nie podpadały pod kryteria niepoprawności.
Mówili o nich: nie dadzą rady, bo słabe. Zakładali się, dokąd dopłyną i mało kto obstawiał Urugwaj (pierwszy etap). Skojarzenia mieli słodkie („babeczki na blaszce”) z tendencją do zaostrzeń (lesbijki? co one robią na tej łajbie? jak wytrzymują bez facetów? kiedy się wezmą za łby?). Media podkręcały sensację, stawiając dziewczynom pytania z kategorii plotkarsko-obyczajowej (jak tu pytać „babeczki” o strategię i logikę działań?).
Minęło 30 lat. Jedni powiedzą: nie ma już takich dysproporcji i progi do pokonania niższe. Drudzy: aktualne, lata mijają – problem ma nowe odsłony. Ale może nie w tym tkwi sedno? Może to film o tym, skąd czerpać siłę do walki o swoje marzenia. Co kształtuje taki charakter? Sądząc po Tracy Edwards: doświadczenia rodzinne, gniew, wściekłość, doświadczenie odrzuconych i wyrzutków. Oj, to jest silny napęd! Last but not least: charakter. Pyskata dwudziestolatka, która wie, o czym marzy, która – choć boi się słowa „feministka” i choć pożera wiadra strachu i stresu – walczy o siebie.
Łyżka dziegciu. To dość prosty film. Temat i dramaturgia podporządkowane są dynamice regat (przygotowań do nich i wspomnień po latach). Prostota nie odbiera przyjemności oglądania. Ale w kategorii motywujących dokumentów biograficznych wskazałabym kilka mocniejszych (np. „Sugar Man” z 2012r).

