MIDSOMMAR. W BIAŁY DZIEŃ

Midsommar – reż. Ari Aster, USA 2019

Ari Aster, który dzięki zeszłorocznemu debiutowi zyskał przychylność widowni i krytyków, swoim drugim filmem potwierdza, że jego wysokie miejsce w stawce młodych reżyserów jest w pełni zasłużone. Po raz kolejny jego wizje, przez które ponownie przewija się motyw straty najbliższych, przybrały formę filmu grozy. Jednak tak jak „Hereditary” swoją mroczną konwencją od razu wpisywało się w ramy gatunku, tak „Midsommar” jest horrorem mniej oczywistym, również w warstwie wizualnej – ze zdjęć Pawła Pogorzelskiego niemal wylewa się cała gama kolorów.

Jednak niewiele miejsc może skrywać równie wiele co odcięta od reszty świata, kilkudziesięcioosobowa wioska na północy Szwecji, skąpana w wiecznym słońcu przesilenia letniego. Ma się o tym przekonać grupka Amerykanów, która w celach naukowo-rozrywkowych postanawia wziąć udział w tamtejszych świątecznych obrzędach.

I rzeczywiście, szybko okazuje się, że tradycje zaczerpnięte ze starych, nordyckich wierzeń, które kultywuje mała komuna, dalece odbiegają od ogólnie przyjętych norm społecznych, a zdjęcia do spółki ze światłem, wypełniają krew i makabra. Reżyser ponawia tym samym dyskusję o kulturowej moralności, przyjmując jednocześnie relatywistyczne podejście antropologa. Część swoich bohaterów przedstawia zresztą jako naukowców z tej dziedziny, którzy po prostu przyjechali opisać stan rzeczy i mniej lub bardziej dosłownie dają się porwać tutejszym rytuałom. Widz natomiast podąża przede wszystkim za żyjącą w nieudanym związku, borykającą się z traumą po stracie rodziny Dani (w tej roli świetna, młodziutka Florence Pugh) i od każdego z osobna zależy, czy również da się wciągnąć w narkotyczne tańce i spazmatyczne krzyki w blasku słońca.

Dodaj komentarz