
Jeden zobaczył film kultowy, drugi porażkę. Oglądali to samo (na tym samym seansie!). Mogliby pójść na noże lub drzeć koty w realu, ale skończyło się na słownej szermierce. Wygląda na to, że obaj (Tomek i Łukasz) lubią musicale. 🙂
Rekomenduje: Tomek Begier
MISTYCZNY MAJESTAT NIEPOHAMOWANEJ KOCIOŚCI
„Koty” niewątpliwie są jednym z najbardziej oryginalnych dzieł zrealizowanych na Broadwayu. Skomponowany na początku lat 80. XX wieku przez Andrew Lloyda Webbera musical bazuje na zbiorze wierszy T.S. Elliota „Old Possum’s Book of Practical Cat”. Początkowo prezentowany jako recital, ostatecznie przekształcony w pełnoprawny musical; do dzisiaj pozostaje jednym z największych komercyjnych sukcesów musicalu, a utwory takie jak „Memory” stanowią dziś żelazną klasykę broadwayowskich standardów.
Trudno wyobrazić sobie lepszą osobę do realizacji filmowej wersji dzieła niż Tom Hooper, twórca adaptacji „Nędzników” (2012). Jak się okazało po premierze, zarówno krytycy jak i widzowie film wyśmiali – „Koty” odniosły spektakularną porażkę, a krytyka zaczęła ścigać się w rzucaniu uszczypliwymi komentarzami w stronę dzieła (moim ulubionym jest niewątpliwie – »„Koty” to najgorsza rzecz jak spotkała koty od czasu psów«). Stał się on ofiarą zbiorowej, ogólnoświatowej „beki”; ludzie idą do kina z ironicznym nastawieniem, a psychodeliczne CGI twarzy aktorów dało początek niezliczonym memom. Czy „Koty” można jednak lubić? Oczywiście, przy odpowiednim nastawieniu dzieło wciąż jest jednym z najciekawszych kinowych doświadczeń ostatnich lat.
Fabuła musicalu jest prosta – żyjące na ulicy koty organizują bal, podczas którego Kot Wyrocznia wybierze zwycięzcę, który otrzyma nowe życie. Każdy z chcących wziąć udział w konkursie zwierząt musi zaprezentować się piosenką; ten pomysł zdominuje niemalże całą fabułę, przez co film momentami faktycznie będzie przypominać recital prezentujących się po kolei kotów. Utwory, co trzeba zaznaczyć, bo często się o tym w recenzjach zapomina, zrealizowane są oczywiście fantastycznie – począwszy od pierwszego „Jellicle Song for Jellicle Cat” (wzbogaconego o klubowy, basowy twist), poprzez Taylor Swift zadziwiająco dobrze wypadającą w utworze „Macavity”, aż do perły w koronie, czyli „Memory” w interpretacji Jennifer Hudson.
„Koty” są doświadczeniem zgoła innym niż wszystko, co można było ostatnio zobaczyć w kinie. Seans porównać można do wizyty w teatrze muzycznym; mimo formy filmowej nieustannie odczuwać możemy teatralny background. „Umowność” sprawdzi się tutaj jako słowo klucz, zarówno przy wersji filmowej, jak i teatralnej. Hooper tworzy nowy świat, inny od naszego – świat, w którym nikogo nie dziwi antropomorficzna hybryda człowieka z kotem. Co ciekawe i inspirujące, w filmie nie znajdziemy ani krzty ironii – aktorzy w tym filmie „są kotami”, nie „udają koty puszczając oczko do widza”. Ja znajduję w tym pewnego rodzaju szlachetność; w dzisiejszej wszechobecnej ironii nie łatwo znaleźć tego rodzaju szczerość. Paradoksalnie w tym przypadku – „Koty” nie udają kogoś, kim nie są. Na tym wydaje mi się może polegać problem widzów – nie każdy jest w stanie zawiesić niewiarę na tyle, by w pełni moc wniknąć w wizję Hoopera i bez zażenowania w pełni doświadczyć oczyszczającej mocy musicalu.
„Koty” dla mnie – jako entuzjasty eskapizmu w każdej formie – były doświadczeniem niesamowitym. Esencja „Kotów”, czyli utwory, zrealizowane są fantastycznie, do tego opatrzone pięknymi, często fetyszowo CGI-przegiętymi zdjęciami (przypominającymi zresztą te z „Nędzników”). Z filmem jest trochę podobnie jak z postacią Grizabelli (Hudson) – bez powodu właściwie borykającą się z generalnym ostracyzmem, a noszącą w sobie czystość i piękno. Jedyne co musimy zrobić, to wyciągnąć doń rękę i dać się porwać.
Czy „Koty” określiłbym jako „guilty pleasure”? Cóż, absolutnie nie. Pojęcie to skrywa w sobie wstyd, winę, którą obarczamy się za sympatię do „słabego” – mnie do wstydu daleko, kocham „Koty” i jestem z tego dumny. Moim zdaniem Hooper wydał na świat kolejne piękne dziecko, a jego dotychczasowa recepcja wzmacnia tylko moje przekonanie, że za kilka lat film ten będzie obiektem kultu. Bo czyż nie od odrzucenia właśnie dzieła kultowe często zaczynały?
WYŚNIŁEM SEN
Rekomenduje Łukasz Klawunn
Nie było dawno filmu, który już długo przed premierą tak bardzo pobudzałby moją wyobraźnię. Jako miłośnik musicali oraz wierny fan hooperowskich „Nędzników” z niecierpliwością wyczekiwałem głośnej produkcji twórcy „Jak zostać królem”. Wszystko zdawało się zapowiadać dzieło absolutnie kultowe – przełomowy broadwayowski pierwowzór, wprawiony już w musicalowej formie reżyser oraz pełna gwiazd obsada (od sir Iana McKellena, przez Jennifer Hudson, aż po Taylor Swift).
Jeszcze 3 stycznia, przed samym seansem, pałałem optymizmem – choć oczywiście dawno dotarła do mnie miażdżąca krytyka widzów oraz wszelkich i znawców kina. Po prostu nie mieściło mi się w głowie, że nieudane efekty specjalne czy marna scenografia mogą aż tak bardzo przyćmiewać piękno, prawdopodobnie drzemiące w piosenkach, grze aktorskiej czy niepowtarzalnym klimacie, który Tom Hooper musiał przecież wykreować.
Wszystkie moje oczekiwania wobec „Kotów” bardzo szybko, niestety, zweryfikowała rzeczywistość. Po sensie czułem się jak Fantyna, która pod postacią Anne Hathaway wyśpiewuje w „Nędznikach”: „But the tigers come at night | With their voices soft as thunder | As they tear your hope apart | As they turn your dream to shame”.
Co zatem najbardziej mnie w „Kotach” zawiodło, skoro nie jest to groteskowo wyglądające CGI (przez które każdy układ taneczny traci swoje estetyczne właściwości, a wszelkie interakcje pomiędzy bohaterami zdają się zachodzić w bezpiecznej odległości kilku centymetrów od siebie – włącznie z ciosami i pocałunkami)? Czego Hooperowi nie wybaczę, skoro w pełni zgadzam się z Tomkiem, że wszelka „umowność” była w tym filmie wskazana i nijak nie razi mnie kameralna przestrzeń sali, na której rozgrywa się większość akcji ani kiczowaty żyrandol, będący metaforą windy do lepszego świata?
Otóż nie pogodzę się nigdy z niedbale poprowadzoną narracją, przez którą obraz jest po prostu nieciekawy. Ciągła ekspozycja postaci nie pozwala na jakąkolwiek identyfikację z żadną z nich, a to z kolei prowadzi do reżyserskiego grzechu numer jeden, czyli obrabowania „Kotów” z emocji, których w tej wersji dostałem tyle, co (nomen omen) kot napłakał. Gdyby nie monumentalny (tak, to odpowiednie słowo) talent Jennifer Hudson oraz jej wykonanie „Memory” o uronieniu choć jednej łezki podczas seansu mógłbym jedynie pomarzyć. O dziwo, zgodzić muszę się z Tomkiem również w przypadku Taylor Swift, której talentu wielbicielem nigdy nie byłem, a która wniosła do filmu choć odrobinę świeżości i wiarygodnej, młodzieńczej energii.
Cała reszta obsady zdawała się jednak pełnić rolę odwracaczy uwagi od wszelkich słabości scenariusza. Słynni seniorzy (Judy Dench, Ian McKellen) pojawili się jako stare, zmęczone życiem koty, a aktorzy z komediowym zacięciem (Rebel Wilson, James Corden) próbowali zawalczyć swoim urokiem osobistym, który jednak nie przebił się przez warstwę grubego futerka i cały humor ograniczony został do żartów na temat ich tuszy.
Rzecz zupełnie dla mnie niezrozumiała spotkała w „Kotach” także muzykę. Poza dwiema piosenkami, o których wspomniałem wyżej, cała reszta aranżacji jest tak mdła i pozbawiona uczucia, że porównanie ich do ścieżki dźwiękowej „Nędzników” uznałbym za zbrodnię w biały dzień. Potężnie chwytające za serce solówki, pokrzepiające wykonania grupowe i rzeczywiście komiczne piosenki duetu Baron Cohen & Bohnam Carter to dla mnie evergreeny, do których powracać będę przez całe życie. O wykonaniach i aranżacjach z „Kotów” wolałbym czym prędzej zapomnieć – przynajmniej o większości z nich.
Zapomnieć chciałbym też o końcowym monologu kociej wyroczni, a najlepiej o całym tym filmowym przedsięwzięciu, aby móc dalej marzyć sobie o przepięknym musicalu, który wyśniłem w swojej głowie.







