
Palestyńczyk w podróży… w pakiecie z autoironią, absurdem i melancholią. Komedia (nietypowa).
Rekomenduje: Jędrzej Sławnikowski
Jednym z najważniejszych tytułów zeszłorocznego Cannes okazało się „Tam gdzieś musi być niebo”, czyli napisana i wyreżyserowana przez Palestyńczyka Elię Suleimana (by zacytować padającą w filmie autoreferencję) „komedia o pokoju na Bliskim Wschodzie”. Obraz zdobył prestiżową Nagrodę FIPRESCI, a jurorzy przyznali mu specjalne wyróżnienie.
Nie pierwszy raz w swojej karierze Suleiman występuje po obu stronach kamery. Głównym bohaterem filmu jest bowiem on sam, w okularach i charakterystycznym kapeluszu, reżyser podejmujący podróż z Palestyny do krajów zachodnich. Zmiany miejsca akcji wyznaczają w „Tam gdzieś musi być niebo” podział na trzy zbliżone długością segmenty: nazarecki, paryski i nowojorski. Nie ma tu jednak typowej fabuły; podróż bohatera odbywa się bez wyraźnie zarysowanego celu, niektóre motywy się powtarzają, ale na próżno szukać tu ciągów przyczynowo-skutkowych. Esencją filmu jest bowiem gag. Suleiman konstruuje swoje dzieło z humorystycznych scenek, spajając je samym sobą w roli milczącego obserwatora. Mimo że to obraz rozegrany w większości w statycznych kadrach i bez słów (sam Elia odzywa się w nim tylko raz), wyobraźnia i inwencja reżysera sprawia, że trudno tu o nudę.
Specyficzny humor Suleimana ujawnia się już w prologu filmu, w którym podczas religijnej procesji rabin musi wyważyć boczne drzwi, aby dostać się do synagogi, i konsekwentnie towarzyszy widzowi przez cały czas trwania. Reżyser ma niezwykły talent do inscenizacji zabawnych scenek, których absurd opiera się głównie na obserwacji życia codziennego i jego subtelnej poetyzacji. Najpełniej widać to w segmencie paryskim, w którym po mniej udanej części palestyńskiej Suleiman rozwija skrzydła. Jedne z najpiękniejszych fragmentów filmu to ambulans przywożący posiłek bezdomnemu, sprzątacze grający w golfa pustymi puszkami czy fenomenalny choreograficznie pościg policyjny na monocyklach elektrycznych. Co znamienne, przez większość pobytu Suleimana Paryż jest miastem wyludnionym; w środku dnia na ulicach znajduje się tylko on i obiekty jego zainteresowania – jak gdyby reżyser wpuścił nas do własnej percepcji, ignorującej toczące się wokół życie na rzecz jednego, w danym momencie interesującego dlań kawałka rzeczywistości.
„Tam gdzieś musi być niebo” nie stoi jednak tylko wartością komediową; gagi skrywają bowiem komentarz polityczny. Wspomniany prolog można czytać jako dość zjadliwą metaforę przejęcia palestyńskich ziem przez Izrael, co rymuje się też z pojawiającą się później postacią sąsiada, który wprasza się bohaterowi do ogrodu. Kolejne segmenty z kolei to w pewnym sensie kosmopolityczny manifest Suleimana. Warto zwrócić uwagę, że sytuacje potencjalnego zagrożenia spotykają bohatera nie tylko w Palestynie, a niezależnie od miejsca akcji: na ulicy w Nazarecie biegnie na niego banda dryblasów z pałkami, w paryskim metrze groźnie wyglądający mężczyzna patrzy przez całą trasę prosto na niego, w Nowym Jorku z kolei wszyscy dookoła spacerują z bronią palną w ręku. Ostatni segment zawiera też co prawda bardziej bezpośrednie odniesienia do Palestyny, jednak istotniejsze od nich zdają się tu spacery Suleimana po ulicach miast i czynione podczas nich obserwacje.
„Tam gdzieś musi być niebo” to produkcja międzynarodowa (m.in. francuska), jednak zachowuje spojrzenie Palestyńczyka, co jest o tyle cenne i ważne, że dostaje się tu też przemysłowi filmowemu. Mowa przede wszystkim o wymownej scenie rozmowy z producentem, która świetnie obrazuje zachodnie podejście do opowiadania o Palestynie. Suleiman idzie inną drogą i zdejmuje ze swojego kraju nałożony nań płaszczyk egzotyki, pokazując, że owszem, różnimy się kulturowo, lecz wciąż żyjemy pod jednym niebem.




