OSIEROCONY BROOKLYN

„Osierocony Brooklyn” (Motherless Brooklyn) – reż. Edward Norton, USA 2019

Wciąż jeszcze w repertuarze kin, więc kto nie widział, a da się przekonać, niech obejrzy. Rekomendacje rozbieżne: Jakub rozczarowany, ja uważam, że warto, bo – w tej niedosłownej warstwie – aktualne.

OSIEROCONY BROOKLYN
Rekomenduje: Jakub Chojnacki​

Edward Norton powraca z nowym filmem, w którym gra główną rolę, jest autorem scenariusza i po prawie dwudziestoletniej przerwie bierze się również za reżyserię. Znany ze swojego perfekcjonizmu na planie miał wreszcie okazję zrealizować swój wymarzony projekt.

„Osierocony Brooklyn” to kryminał osadzony w Nowym Jorku lat 50. XX wieku. Główny bohater to detektyw cierpiący na zespół Tourette’a, który postanawia na własną rękę znaleźć zabójców swojego mentora, odgrywanego przez Bruce’a Willisa. Celem nie jest tu jednak zemsta, a raczej zaspokojenie ciekawości. Na swojej drodze główny bohater napotyka szereg z pozoru interesujących postaci, które po odkryciu swoich tajemnic okazały się dla mnie rozczarowujące. Brakuje tu innowacyjności; mam wrażenie, że tę historię widzieliśmy już wiele razy, a reżyser nie proponuje nam tu nic nowego. Najlepszym tego przykładem jest czarny charakter, odgrywany przez Aleca Baldwina, który jest wręcz groteskowo przerysowany. Zakończenie również nie jest satysfakcjonujące; pomimo iż przez dwie i pół godziny trwania filmu wydarzyło się wiele, tak naprawdę sytuacja bohaterów nie uległa wielkiej zmianie. Największymi zaletami filmu, które pozwalają mimo wielu wad ocenić ten projekt pozytywnie są: Edward Norton świetnie odnajdujący się w swojej roli oraz muzyka skomponowana przez Thoma Yorke’a z zespołu Radiohead (większość kompozycji ma na koncie nominowany do Złotego Globu Daniel Pemberton)

„Osierocony Brooklyn” jest filmem przeciętnym, który najbardziej cierpi z powodu braku doświadczenia reżysera.

Rekomenduje: Renata Borowiak​

KTO POCIĄGA ZA SZNURKI?

Frank Minna (Bruce Willis) jest szefem agencji detektywistycznej. Właśnie wpadł na trop większej afery, być może sam nawet nie wie jak wielkiej. Nie dowie się, bo zginie w pierwszych minutach filmu, osierocając nieporadnych współpracowników. Wszystkich sam wychował (jak najdosłowniej: wyciągając ich z sierocińca), jest więc nadzieja, że pójdą śladem szefa i śledztwo odsłoni mroczne tajemnice. Najciekawszy współpracownik, Lionel Essrog (Edward Norton) ma przydomek Osierocony Brooklyn. Ma też genialną pamięć, nerwowe tiki i natręctwo wyrzucania z siebie niekontrolowanego słowotoku. Potencjał komizmu i komplikacji jest w tym olbrzymi, ale – zgoda – Norton w roli chorego z zespołem Tourette`a nawet nie doskakuje do kreacji Joaquina Phoeniksa w roli Arthura Flecka z zespołem rzekomoopuszkowym i depresją („Joker”).

Edward Norton sam tu siebie reżyseruje. Jakub widzi w tym źródło wszelkich niespełnień. Nie przesadzałabym z krytyką. Norton dobrał sobie niezłych współpracowników i choć nagród wiele nie zgarnął, to nominacji całkiem sporo. Scenografia (Satelita) i zdjęcia (Camerimage) stylowo przenoszą nas w lata 50., stylizowane brudnym błękitem i sepiowym brązem. Muzyka (Złoty Glob) – ta ilustracyjna i ta diegetyczna – brzmi jazzem. Klimat przywodzi na myśl kino noir. Reżyser deklaruje (i deklaracji jest wierny), że malarsko inspirował go Edward Hopper, literacko Raymond Chandler, a filmowo „Chinatown” Romana Polańskiego. Intryga więc piętrzy się i gmatwa, detektyw błądzi i wikła się w mylne tropy, a finał wyciąga z rękawa zaskakujące (bardziej może zaskakujące niż logiczne) asy.

Co do groteskowości czarnego charakteru – to nie jest przerysowana koncepcja, lecz inspirowana prawdą diagnoza. Z aspiracjami do aktualności. Nieprzypadkowo w rolę złego demagoga wciela się Alec Baldwin. Najpierw Spike Lee w „Czarnym Bractwie”, teraz Norton, wykorzystują sławę Baldwina jako telewizyjnego parodysty Trumpa. Chodzi o typ człowieka, któremu władza potrzebna jest, by przeprowadzić własną wizję. Po drodze depcząc zasady, stosując szantaż, głosząc frazesy o dobru narodu i bezkompromisowym zwalczaniu inności. „Osierocony Brooklyn” nie jest filmem biograficznym, ani kinem politycznym, ale rozszyfrowanie pierwowzoru postaci granej przez Baldwina wiele tłumaczy.

Filmowy Moses Randolph (Alec Baldwin) to Robert Moses – naczelny architekt Nowego Jorku przez niemal półwiecze (1922-1968). Uznaje się, że jest dla Nowego Jorku tym, kim dla Los Angeles był William Mulholland. Stworzył współczesny wizerunek tego miasta. Zachwycano się jego wizjonerstwem. I trzeba docenić, że zrealizowane projekty autostrad, tras ekspresowych i mostów, a przede wszystkim rozszerzenie terenów zielonych zmieniły oblicze miasta. Kontrowersyjność urbanisty wynika stąd, że służące wspólnemu dobru koncepcje nie liczyły się z ceną, którą przyszło płacić mieszkańcom „drugiej kategorii”. Moses takie podziały przeprowadzał z moralnymi tyradami na ustach. Interesy Afroamerykanów i Portorykańczyków deptał w misternie wykreowanym teatrze władzy. Jego władza to sfery wpływów (nie piastował urzędów z nadania wyborców). Pozory służby społecznej dawały mu glejt na łamanie elementarnych praw. Wiele wskazuje na to (m.in. wypowiedzi reżysera), że Moses jest dla Nortona figurą współczesnego decydenta pociągającego za sznurki, zwolnionego z odpowiedzialności i będącego poza zasięgiem tropiących go dziennikarzy.

W „Osieroconym Brooklynie” mrok rozjaśnia słodycz happy endu. Ale groteskowość czarnego charakteru wcale nie do baśni przynależy. Despotom z groteską po drodze.

PS.
I tylko Willem Dafoe wygląda jakby przyjechał z południa Francji i wciąż był Van Goghiem.

Edward Norton (Lionel Essrog) i Willem Dafoe (Paul)
Edward Norton (Lionel Essrog)
Gugu Mbatha-Raw (Laura Rose) i Edward Norton (Lionel Essrog)
Alec Baldwin (Moses Randolph) i Edward Norton (Lionel Essrog)

Dodaj komentarz