
A wiecie, że Scarlett Johansson ma dwie aktorskie nominacje do Oscara? No pewnie, że wiecie. Za pierwszy plan w „Historii małżeńskiej”, za drugi – w „Jojo Rabbit”. No, cóż, trzymam kciuki i pytam o zdanie w temacie rywalek. Czy ktoś na serio może być lepszy? I czy to może być Reneé Zellweger już nagrodzona Złotym Globem? Mamy dwugłos w temacie „Judy”.
JUDY (na tak)
Rekomenduje: Arleta Kaźmierczak
Do obejrzenia filmu skłonił mnie temat – kolejne wejrzenie w życie słynnej piosenkarki. Po tym jak obejrzałam film o Amy Winehouse (2015), Florence Foster (2016), Whitney Houston (2018) i Arecie Franklin (2018) – tym razem miała być Judy Garland. Postać – mnie przynajmniej – nie aż tak znana. Dlaczego więc powstał o niej film? Pomyślałam, że być może producent chce ją wyciągnąć z zapomnienia, oddać spóźniony hołd, usprawiedliwić… Kojarzyła mi się z „Czarnoksiężnikiem z Oz” (1939), w którym jako Dorotka zaśpiewała oscarowy utwór „Over the Rainbow”. W latach osiemdziesiątych, kiedy jako dziecko obejrzałam tę bajkę, większą sławą cieszyła się już córka Judy, Liza Minelli (zdobywczyni Oscara za rolę w filmie „Kabaret” 1973), która w filmie o matce pokazana jest epizodycznie, na progu swojej kariery.
Historia Judy mniej kładzie nacisk na pokazanie jej talentu muzycznego, a bardziej na ostatni etap jej kariery zawodowej i życia osobistego. Artystka pokazana jest w ciepłym świetle. Zaczyna karierę jako cudowne niewinne dziecko, obezwładnione przez świat show-biznesu i sławy, przeciwko któremu nieskutecznie próbuje się buntować. Widzimy retrospekcje, w których zmusza się Judy do pracy na planie po kilkanaście godzin, bez zagwarantowanej przez umowę przerwy. Podaje jej się leki zabijające apetyt i potrzebę snu, które ostatecznie doprowadzą ją do lekomanii i przypadkowej śmierci. Już jako osoba dorosła, bohaterka filmu przemyca w jednym ze swoich dialogów wiedzę o swoim dzieciństwie. Mówi, że wie, co znaczy „zła matka”, bo sama taką miała. Film przedstawia nam postać tragiczną, ofiarę przemysłu rozrywkowego i kariery okupionej chorobą, rozwodem, długami, rozłąką z dziećmi i samotnością.
Walory poznawcze to jedno, ale największym atutem tego filmu jest według mnie kreacja aktorska, którą stworzyła Reneé Zellweger. Po raz pierwszy zobaczyłam ją w pozbawionej głębi roli pulchnej i uroczo nieporadnej tytułowej bohaterki serii o Brigit Jones. W filmie „Judy” pokazała dojrzałość i wielką klasę aktorską. Zagrała pełnokrwistą postać, autentyczną, nieprzerysowaną, zmagającą się z presją świata zewnętrznego od bardzo wczesnej młodości. Realistycznie pokazała trudny i depresyjny charakter już zmęczonej nieustanną pracą i cierpiącej na bezsenność gwiazdy, która jedynie w macierzyństwie (na odległość, niestety) odnajdywała pocieszenie i motywację do życia.
Film „Judy” przypomniał mi o utalentowanej piosenkarce, ale przede wszystkim wzruszył mnie historią o wrażliwej artystce, która po prostu marzy o pięknym życiu rodzinnym. Zasłużyła na spełnienie prośby wypowiedzianej na ostatnim występie w Londynie, „mam nadzieję, że mnie nie zapomnicie”.
„Judy” sprawdza się – niewątpliwie – jako wyciskacz łez. I takie filmy są potrzebne. Czy na długo zapadają w pamięć? Ten akurat nie.
Biografia Judy Garland potwierdza teorię, że ciało, wytrącone raz z równowagi, z trudem do niej wraca. Tym bardziej gdy wytrącane jest nieustannie. »Dorotka« raz wybita z toru przeciętności przez złych ludzi z Hollywood, skazana jest na huśtawkę kariery. Nieprzeciętnej, dodajmy. Wkręcona w spiralę autodestrukcji, niespecjalnie stara się z niej wyrwać, zgodnie z przekonaniem, że winni są inni, nie ona. Czy tego już gdzieś nie widzieliśmy?
JUDY (z powątpiewaniem)
Rekomenduje: Agnieszka Gumiela
Widz dostaje strzępy retrospekcji, o wątpliwej finezji, żywcem z „Czarnoksiężnika z krainy Oz”. Nie należy się obawiać, że coś zostanie powiedziane zbyt subtelnie lub niedopowiedziane. Oglądamy upadek gwiazdy, której schyłek nastąpił dużo wcześniej. W tle dramat rodziny (niespecjalnie rozdzierający serce). Taka mała wiwisekcja, lekko przypudrowana, by nie razić zbyt mocno.
Finał nie jest tajemnicą, choć nie ukrywam, w trakcie seansu tliła się iskierka płonnej (!) nadziei na cudowną odmianę losu. Czyżby zatem bohaterka jednak budziła pozytywne emocje? Otóż, budziła. Mimo wszystko.
Może w naturze ludzkiej leży litowanie się nad jednostkami, które już niżej upaść nie mogą. Może to zasługa Renée Zellweger, która postarała się, by buźka Bridget Jones nie wychynęła nigdzie nawet na chwilę. A może jednak to zwykła kosmetyka wizerunku, nieoddająca całej prawdy o życiu legendarnej aktorki? Czy twórcy w ogóle mieli zamiar pokazać prawdziwą Judy Garland? Czy może cel był nieco bardziej komercyjny (podbity oscarową ambicją)?
Muzycznie tego filmu, niestety, nie zapamiętam (poza finałową piosenką). A szkoda, bo był tutaj duży potencjał. Polecam jednak „Judy” tym, którzy lubią się w kinie wzruszać. W tej roli film jest niezawodny.




