
Co dziś macie na sobie? Frędzle? To byłby najlepszy strój do tego, co poniżej.
Rekomenduje: Łukasz Klawunn
Kojarzący się widzom głównie z tytułem „Mordercza opona” Quentin Dupieux postanowił zaprezentować tym razem… morderczą kurtkę. Pomysł wydaje się banalny a poza tym można odnieść wrażenie, że reżyser odcina kupony od swojego najgłośniejszego filmu. Okazuje się jednak, że w przypadku tego nazwiska, czujności nigdy za wiele, bowiem Dupieux znów zaskakuje i kręci absurdalne, szalone i prześmiewcze dzieło, które jednocześnie jest tworem niesamowicie dojrzałym i artystycznie spełnionym. Jedni zobaczą w nim wariację na temat żaden lub każdy, drudzy opowieść o samotności lub indywidualności a jeszcze inni żonglerkę gatunkami filmowymi i ich absolutną dekonstrukcję. Czujne oko zwróci uwagę na motywy autotematyczne czy intertekstualne, a wrażliwe serce spróbuje odczytać film w kluczu ekologicznym.
Żadna z tych dróg nie jest błędna i żadna nie jest jedyną właściwą. Wszystkie mogą przeplatać się w nieskończoność i wychodzić naprzemiennie na pierwszy plan, jednak, co w „Deerskin” najpiękniejsze, ani trochę nie przeszkadza to w konsekwentnym prowadzeniu narracji i budowaniu wiarygodnych bohaterów z krwi i kości. Choć wydarzenia, które przedstawia nam reżyser nie mają w sobie nic a nic z rzeczywistości, Dupieux po mistrzowsku każe nam identyfikować się z protagonistą i emocjonalnie angażować, nawet w najbardziej absurdalne konflikty. W ten oto sposób opowieść o kurtce ze skóry daniela, pokrytej ozdobnymi frędzlami i nie tylko rozmawiającej ze swoim właścicielem, ale również podjudzającej go do zbrodni, staje się po prostu kolejną historią o człowieku, który próbuje odnaleźć w życiu swoją własną drogę.
„Deerskin” to zdecydowanie potwierdzenie autorskiego kunsztu twórcy, którego imię absolutnie przypadkowe być nie może. Jego styl oraz podejście do sztuki kojarzyć nam się mogą z innym Quentinem (nie muszę chyba pisać którym). Poprzeczka jest zatem bardzo wysoko, ale wszystko wskazuje na to, że Dupieux skakać wzwyż potrafi. Nie gorszą ma też ferajnę, bo choć brak w niej Leonardo DiCaprio czy Christopha Waltza, wspierają go oscarowy „Artysta” i szlachetny obrońca Dreyfusa w jednym (Jean Dujardin) oraz kobieta w ogniu z głośnego w tym roku „Portretu…” (Adele Haenel). Nic, tylko czekać na kolejne szalone pomysły, bo w tym szaleństwie jest metoda i sposób – nie tylko na nudę, ale i prawdziwą sztukę.



