1917

„1917” – reż. Sam Mendes, USA & Wielka Brytania 2019

Rekomenduje: Jędrek Sławnikowski

W ostatnich tygodniach film „1917” Sama Mendesa wyrósł na oscarowego faworyta. Zdobywca Złotych Globów dla najlepszego dramatu i najlepszego reżysera oraz nagród gildii producentów i reżyserów nominowany jest przez Akademię w 10 kategoriach, w większości z nich mając realne szanse na statuetkę. Na werdykt poczekamy już tylko niecałe 2 tygodnie, a tymczasem warto przyjrzeć się bliżej widowisku Mendesa.

„1917” opowiada o czasach I wojny światowej. Front zachodni. Niemcy w odwrocie. Część brytyjskich oficerów chce wykorzystać szansę i zadać przeciwnikowi ostateczny cios; nie znają jednak zdjęć lotniczych, z których wynika, że odwrót to tak naprawdę zasadzka. Generał Erinmore wysyła więc dwóch starszych szeregowych, Blake’a i Schofielda, z rozkazem wstrzymania ataku zaplanowanego przez pułkownika MacKenziego na następny poranek. Wybór wykonawców zadania nie jest przypadkowy, ponieważ w oddziale MacKenziego służy brat Blake’a. Młodzieńcy niezwłocznie wyruszają na przeprawę przez pełną niebezpieczeństw ziemię niczyją.

Fabuła filmu nie grzeszy nadmiarem skomplikowania, ale prostota ta świetnie wpisuje się w artystyczne intencje reżysera. „1917“ celuje bowiem przede wszystkim w immersję widza w świat przedstawiony. Narzędziem, za pomocą którego Mendes chce ją osiągnąć, są stylizowane na jedno nieprzerwane ujęcie zdjęcia autorstwa Rogera Deakinsa, jednego z niewątpliwie najwybitniejszych żyjących operatorów, który i tym razem nie zawodzi. Kamera nieprzerwanie śledzi wędrówkę protagonistów, pozostając przy tym w ciągłym ruchu, a oddzielające poszczególne ujęcia cięcia montażowe są skrzętnie poukrywane. Ten zabieg, znany wcześniej m.in. z „Birdmana” czy „Syna Szawła”, zbliża film do poetyki gry wideo; sam scenariusz również zbudowany został według jej prawideł: bohaterowie dostają misję, odwiedzają kolejne lokacje, w akcję wplecione zostają cut-scenki (tutaj ich funkcję pełnią epizodyczne występy znanych aktorów, m.in. znakomitego w tej krótkiej roli Andrew Scotta). „Growość” filmu część widzów zapewne odrzuci, jednak wydaje się niezbędna dla osiągnięcia – charakterystycznej przecież właśnie w grach – immersji; zresztą estetyka ta prowadzona jest przez Mendesa w sposób nad wyraz przemyślany i konsekwentny.

Warstwa wizualna filmu doskonale służy oddaniu fizycznego aspektu wojny. Pole walki jest w „1917” wyjątkowo namacalne; czuć tu smród gnijących ciał, ciasnotę podziemnych korytarzy, ból dłoni rozciętej kolcami z zasieków. Przy tym Mendes zachowuje umiar, nie szafuje naturalistycznymi obrazami, tylko raczej wpisuje brud wojny w rytm natury. Toczący się wokół konflikt nie znaczy, że dzień nie może być słoneczny, płatki wiśni nie mogą pięknie krążyć w powietrzu, a znalezione po drodze mleko nie może napoić spragnionego gardła. Pięknych, poetyckich momentów jest w „1917” zaskakująco dużo, a jednak daleko filmowi do jakiejkolwiek estetyzacji szalejącej wokół wojennej pożogi; przeciwnie, sceny te dodają rzeczywistości dramatycznego wydźwięku. Na rozległej zielonej łące chciałoby się przecież położyć i patrzeć w niebo, a nie umykać z niej jak najprędzej w obawie przed znalezieniem się na wrogim celowniku.

Podejście Mendesa ma jednak również swoje słabe strony. Trudno przejąć się bohaterami, na których poznanie prawie nie dostaliśmy czasu; trudno momentami uwierzyć w ich niesamowitą wytrzymałość; trudno wreszcie uciec od wrażenia, że mimo wartkiej akcji i ciągłego napięcia, to, co najbardziej reżysera interesuje, to sam popis techniczny. Jak na kino wojenne, „1917” sporo miejsca poświęca ludzkim emocjom, jednak nie wszystkie te momenty prawidłowo wybrzmiewają. Jedna sekwencja, skądinąd najbardziej olśniewająca wizualnie w całym filmie, zdaje się nawet dla fabuły zupełnie zbędna. I oczywiście – zdjęcia Deakinsa wynoszą całość na wyższy poziom, ale jednak więcej tu perfekcyjnie naoliwionej filmowej maszynerii niż artystycznego wizjonerstwa.

Powyższe zarzuty nie zmieniają jednak tego, że „1917” to jeden z najlepszych filmów wojennych ostatnich lat, z pewnością bardziej udany niż „Dunkierka” Nolana czy zwłaszcza Gibsonowska „Przełęcz ocalonych”. Obrazu Mendesa najlepiej doświadczyć na jak największym ekranie, aby w pełni dać się porwać niesamowitej warstwie wizualnej; potem zaś pozostaje trzymać kciuki za drugie oscarowe zwycięstwo Rogera Deakinsa.

Rekomenduje: Kuba Marszałkiewicz

1917

Kino wojenne ma się dobrze i co rusz ktoś na ekranie próbuje unaocznić nam wojenny świat. Czasem stawiając na przygodę i rozrywkę („Poszukiwacze zaginionej arki”), innym razem – jak niedawno Christopher Nolan w „Dunkierce” – oddając dramat świata w trakcie autodestrukcji. Sam Mendes dorzuca do pokaźnej listy tytułów kolejny: „1917”. Film, który zachwycił Amerykę (10 nominacji do Oscarów), Wielką Brytanię (9 nominacji do BAFTA), a nic nie stoi na przeszkodzie, by potwierdzili ten zachwyt również widzowie w Polsce.

„1917” opowiada historię brytyjskich oddziałów z frontu zachodniego I wojny światowej w specyficzny sposób. Fabuła wciąga widza w sam środek akcji. Prowadzenie kamery zdaje się towarzyszyć bohaterom tak ściśle, jakby w ogóle nie schodzili nam z oczu i jakby całość była (choć nie jest) jednym filmowym ujęciem. Wraz z dwoma bohaterami (później z jednym) przechodzimy przez ciągnące się okopy, zrujnowane miasto, pola w zasiekach drutów kolczastych, zawalone mosty aż po linię frontu. Trwa misja, od której wiele zależy, a którą zdefiniować da się prosto: dotrzeć na czas z rozkazem mogącym uratować życie 1600 żołnierzy, wśród których jest brat jednego z wysłanych żołnierzy. Polecam zerknąć na dostępne w internecie materiały zza kulis, by uzmysłowić sobie, jakim przedsięwzięciem była realizacja tego filmu.

Główni bohaterowie – szeregowi Blake (Dean-Charles Chapman) i Schofield (George MacHey) – to postacie ciekawie napisane, dopełniające się wzajemnie. Jeden przyjmuje rozkaz bezdyskusyjnie, drugi chciałby rozważyć, jakie są szanse, że da się go zrealizować i pozostać wśród żywych. Krótka wymiana zdań o ewentualnym medalu za odwagę pokazuje różnicę podejść. Dla jednego z nich medal to bezcenne trofeum, dowód odwagi, świadectwo dla potomnych. Drugi nazywa go blaszką, przedmiotem, który praktyczniej jest wymienić na butelkę wina. Pytania o wojenną moralność budzi (m.in.) scena ratowania niemieckiego pilota. Można odnieść wrażenie, że podróż Blake`a i Schofielda  ważniejsza jest od nich samych. Co jest walorem, bo film przede wszystkim unaocznia nam realia wojny opozycyjnej. Rozkładające się konie, plagi szczurów, błoto, głód i stan ciągłego zagrożenia.

Plenerowe zdjęcia Rogera Deakinsa są jednocześnie prawdziwe i piękne. Dużo dodaje ścieżka dźwiękowa Thomasa Newmana – tworzy dramaturgię, ilustruje emocje, a zarazem brzmi tak, że ma się ochotę słuchać jej jeszcze po zakończeniu seansu. Opowieść jest wiarygodna (nie tylko dlatego, że oparta na wojennych wspomnieniach dziadka reżysera). Warto obejrzeć „1917”. Zdecydowanie. Choć niekoniecznie jestem za tym, by wszystkie nagrody poszły na konto filmu Mendesa.

George MacHey (szeregowy Schofield) i Dean-Charles Chapman (szeregowy Blake)
George MacHey (szeregowy Schofield)
George MacHey (szeregowy Schofield) i Dean-Charles Chapman (szeregowy Blake)
Dean-Charles Chapman (szeregowy Blake)
George MacHey (szeregowy Schofield)
Dean-Charles Chapman (szeregowy Blake) i George MacHey (szeregowy Schofield)
George MacHey (szeregowy Schofield)

Dodaj komentarz