
Dziś będzie o króliku, choć nie jest to dokument przyrodniczy a zwariowana fabuła. Jak twierdzą rekomendujący (Ania, Dominika i Jędrek), gdzieś na skrzyżowaniu komedii, kina familijnego, dramatu i kina absurdu.
Rekomenduje: Ania Falbierska
ODWAGA KRÓLIKA
Stereotyp mówi, że królik to zwierzę tchórzliwe. W pośpiechu przemyka przez chaszcze po to tylko, by zaszyć się w norze. Jednak co jeśli wyimaginowany przyjaciel w osobie Adolfa Hitlera spróbuje swą sentencją ten stereotyp odwrócić? Przecież już samo wychynięcie z owej norki jest stawieniem czoła czyhającym drapieżnikom. W świecie pełnym niebezpieczeństw skromne, acz sprytne uszate stworzenie, w imię rodziny i kraju, jest w stanie przechytrzyć swoich wrogów.
Ta przyjacielska rada trafia głęboko do dotkniętego obelgami serca dziesięcioletniego Jojo, który pod fasadą dumnej aryjskości i zagorzałego nazizmu skrywa wrażliwość i niechęć do siania przemocy. Zanim jednak mógłby zrealizować swe motto i stać się najodważniejszym królikiem armii niemieckiej, granat odbity od drzewa – rzucony nieopatrznie w przypływie siły i odwagi – spada mu pod nogi, wysyłając chłopca na przedwczesną rentę.
Samotne godziny w domu doprowadzają go do wstrząsającego odkrycia – na strychu ukrywa się żydowska dziewczyna. Ich pierwsze spotkanie to scena wyjęta rodem z horroru, świetnie oddająca absurdalne wyobrażenia bohatera o Żydach. Czysto biznesowa relacja, która z konieczności tworzy się pomiędzy dwojgiem bohaterów, w miarę rozwoju wydarzeń, zaczyna nabierać znacznie cieplejszych odcieni. Do głosu dochodzą uczucia, które nieustannie próbuje zaszczepić w Jojo jego matka, nierozumiejąca nacjonalistycznych skłonności syna. To ona jest tu prawdziwą dobrą wróżką, rzeczonym królikiem wystawiającym się na niebezpieczeństwa świata, by zapewnić dziecku i ukrywanej Żydówce lepszą przyszłość.
Przyszłość bez wojny, pełną dobra, piękna i tańca na bulwarach. Bo „Jojo Rabbit” to obraz przepełniony komizmem i dramatyzmem zarazem. A także pewnym sentymentem, wiarą w wolność wybrzmiewającą w rytmie „Heroes” Davida Bowiego i – choć to akurat trochę na niekorzyść – doprawiony dozą patosu. Satyra przeważa w pierwszej połowie filmu – pod warstwą typowego dla reżysera absurdalnego humoru (i żartów o wampirach na miarę „Co robimy w ukryciu”) można znaleźć krytykę fanatyzmu i okołowojennej bezmyślności.
Taika Waititi nie po raz pierwszy buduje fabułę wokół postaci kilkuletniego chłopca (wcześniejsze „Boy” czy „Dzikie łowy”). Choć przypisuje mu bardzo dojrzałą postawę, daleko mu do odzierania bohatera z dziecięcości. Pomimo pistoletów w dłoniach, dzieci pozostają tu dziećmi, i to właśnie one powinny mieć głos, bo swoją prostolinijnością trafiają celnie w ślepą nienawiść. Szczególnie warto wspomnieć tu postać Yorkiego, przyjaciela Jojo, który pełni rolę wyjątkowo mądrego comic reliefa.
W końcu trzeba też napomknąć o bohaterach per se. Po raz kolejny reżyserowi-scenarzyście udaje się stworzyć, obok tych celowo karykaturalnych, wielowymiarowe postaci, których niemal nie da się nie lubić. Duża w tym zasługa również aktorów, bo począwszy od młodzieży (Roman Griffin Davis i Thomasin McKenzie), a na nagradzanych już Samie Rockwellu czy Scarlett Johansson skończywszy, wszyscy dają popis umiejętności.
Taika Waititi to twórca dość specyficzny – i taki też jest ten film. Potrzeba do niego odrobiny dystansu i zrozumienia intencji autora. Niektórzy mimo wszystko mogą się od tego dzieła odbić, inni z kolei dołączą zarówno do salw śmiechu, jak i późniejszego pośpiesznego skrywania łez wzruszenia.
Rekomenduje: Dominika Stachowiak
„NIE JESTEŚ NAZISTĄ, PO PROSTU LUBISZ SWASTYKI”
Kiedy byłam w czwartej klasie podstawówki, wybraliśmy się na film ,,Boy” mało wówczas znanego reżysera o dziwnym nazwisku Taika Waititi. Pamiętam, że choć mnie rozbawił, był zarazem smutny i przejmujący. Wyszłam z kina z mieszanymi uczuciami. O filmie wkrótce zapominałam, nieświadoma, że za kilka lat pokocham twórczość tego reżysera, oczekując na każdy kolejny film z nadzieją, że mnie urzeknie. Taika Waititi znów to zrobił. Urzekł. Sprawił, że w jednej chwili śmiałam się w głos, by zaraz w drugiej ronić łzy rozpaczy.
„Jojo Rabbit” opowiada o zafascynowanym nazizmem chłopcu – aspirującym członku Hitlerjugend. Ideologia ma na niego tak silny wpływ, że Jojo kreuje wyimaginowany obraz Adolfa Hitlera – kumpla, który wspiera go w nazistowskim myśleniu. Wszystko się komplikuje, kiedy znajduje we własnym domu, ukrywaną przez jego matkę, Żydówkę.
Już zapowiedzi budziły kontrowersje. Nie pierwszy raz kino wyśmiewa Hitlera (wspomnijmy ,,Dyktatora” Charliego Chaplina). Wcale się jednak nie dziwię, że każdą próbę wykreowania jego komediowego wizerunku poprzedzają obawy i spekulacje. Ten film mógł się nie udać na tysiąc sposobów, lecz zabrał się za niego twórca bardzo świadomy. Nie oparł się pokusie, by jako nowozelandzki Maorys zagrać Adolfa, a ściślej – jego wyśnioną w chłopięcej głowie imaginację.
Waititi obśmiewa absurdy nazistowskiej ideologii. Widzimy, jak dzieciom wpaja się, że Żydzi mają kły, rogi i żywią się ludzką krwią, zaś rasa aryjska to rasa anielska. Reżyser hiperbolizuje, sprowadzając to wszystko do absurdu. Zderza mocno przesadzone propagandowe uprzedzenia z chłonnością młodych umysłów. Śmieję się, lecz widzę przecież, jakie to groźne.
W tym dowód reżyserskiego geniuszu. Waititi pokazał, że okrucieństwa nie da się przykryć żadną – choćby najwspanialszą – warstwą humoru. Wprowadza sceny, które niczym kubeł zimnej wody wybudzają nas z iluzji kolorowych kadrów, żartów, i dziecięcej beztroski. Uświadamia nam, że to jest jednak film o bardzo tragicznych czasach. Mam pewne wątpliwości, czy to dobrze, że Waititi tak rozgrywa tę opowieść, jakby chciał oddzielić ideologię od ludzi, którym zamotała w głowie. Film ośmiesza faszyzm, może nieco za lekko przechodząc nad tym, że pójście tą drogą – świadomie czy nie – nie zwalnia z odpowiedzialności. Wiemy przecież, że mordowali ludzie, nie nazizm. Nie odzierałabym nazizmu z ludzkich twarzy.
Na uwagę zasługują oczywiście kreacje aktorskie. Mam nadzieję, że o Romanie Griffinie Davisie jeszcze usłyszymy, bo dzieciak jest tu wspaniały. Ujmująco gra uparciucha, deklarując swe oddanie faszyzmowi, choć przecież nawet królika by nie skrzywdził (stąd przezwisko „Rabbit”). Nie ideologia go kusi, lecz chęć przynależenia do wspólnoty. Tak to puentuje ukrywająca się w jego domu Żydówka – grana przez równie obiecującą młodą aktorkę Thomasin McKenzie – ,,Nie jesteś nazistą, po prostu lubisz swastyki”. Nie można nie wspomnieć o Scarlett Johansson, grającej matkę Jojo, wiedzącą, czym jest faszyzm i jak bardzo zagraża jej dziecku. Scarlett doceniono oscarową nominacją. Mało natomiast mówi się o postaci granej przez Sama Rockwella. Błąd. To bardzo nieoczywisty, brawurowo zagrany bohater. Moim zdaniem kradnie każdą scenę, w której się pojawia, nawet jeśli po prostu stoi, popalając papierosa czy pociągając łyk z piersiówki.
Taika znów to zrobił. Miał nietuzinkowy pomysł i brawurowo go zrealizował, nie przekraczając granicy dobrego smaku. Choć ostrzegam. Humor ten nie jest dla wszystkich i jeżeli ktoś miał już do czynienia z twórczością tego reżysera i nie był przekonany, to tu prawdopodobnie też się odbije. Ja jednak polecam – jako zdeklarowana fanka tego nowozelandzkiego błyskotliwego wariata.
Rekomenduje: Jędrzej Sławnikowski
JOJO RABBIT
Taika Waititi nie jest pierwszym filmowcem, który postanowił opowiedzieć o II wojnie światowej „na wesoło” i z perspektywy dziecka. Chociażby traktujące o Holokauście w konwencji komediowo-melodramatycznej „Życie jest piękne” Roberto Benigniego, mimo dwudziestu trzech lat na karku, wciąż cieszy się dużą popularnością. Co prawda, Waititi w przeciwieństwie do Włocha osadził akcję w III Rzeszy, a bohaterem uczynił młodego nazistę, ale trudno postrzegać „Jojo Rabbit” jako dzieło szczególnie oryginalne.
Sęk w tym, że najwyraźniej wcale takim być nie miało. Ten film, którego marketing obracał się wokół granej przez samego reżysera postaci Hitlera i który wzbudził z tego powodu kontrowersje, nim jeszcze ktokolwiek go obejrzał, okazał się bowiem całkiem standardową historią coming-of-age, wyróżniającą się jedynie realiami nazistowskich Niemiec. Oczywiście, ta typowość jest tu w pełni świadoma: Waititi zanurza opowieść o młodym fanatyku w konwencji kina familijnego, aby poprzez połączenie z nietypowym dla niej tematem odświeżyć ją, podobnie jak odświeżył mockument w „Co robimy w ukryciu”. Pod tym względem „Jojo Rabbit” to bez wątpienia projekt udany, gdyż jako film familijny wypada bardzo solidnie.
Szkoda, że słabiej prezentuje się nierówna warstwa komediowa. Obok humorystycznych perełek takich jak wizyta Gestapo czy każda scena z kumplem Jojo, Yorkim, znajdziemy tu znacznie mniej udane fragmenty, z większością scen Waititiego na czele. Hitler w jego wykonaniu to największe rozczarowanie tego filmu: udane żarty kończą mu się po kwadransie, a do wizerunku postaci nie wnosi nic nowego. Lepiej od reżysera wypada reszta obsady: Thomasin McKenzie, Sam Rockwell i nominowana do Oscara Scarlett Johansson dają co najmniej solidne występy, jednak najjaśniej błyszczy wcielający się w tytułowego bohatera Roman Griffin Davis. Chłopak gra tak naturalnie, z taką energią i lekkością, że przeprowadza widza przez wszystkie mielizny, na których filmowi nie raz zdarza się osiąść. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że tak dobrej roli dziecięcej nie było od czasu Jacoba Tremblaya w „Pokoju”!
Bilans zalet i wad przechyla się więc ostatecznie na korzyść „Jojo Rabbit”. Połączenie typowej opowieści o dorastaniu z historią młodzieńczej fascynacji nazizmem nie tylko nie okazało się tu moralnie wątpliwe, ale wręcz sprawia wrażenie zbyt grzecznego, by zostać zapamiętanym na dłużej, jak choćby „Życie jest piękne”. Czas osądzi dzieło Waititiego, na razie jednak poprzestańmy na cieszeniu się przyjemnym w odbiorze filmem o dorastaniu z rewelacyjną kreacją na pierwszym planie.





