MAŁE KOBIETKI

„Małe kobietki” (Little Women) – reż. Greta Gerwig, USA 2019

Wciąż w temacie Oscarów (niech je już rozdysponują!) – last, but not least: „Małe kobietki”. Kobiece głosy o filmie, w którym kobiety rządzą.

Rekomenduje: Dominika Stachowiak

SŁODYCZ DZIECIŃSTWA

Jestem świeżo po lekturze „Małych kobietek”. Nie znałam ich dotąd, moim dzieciństwem rządziły „Dzieci z Bullerbyn” i „Ania z Zielonego Wzgórza”. Z żalem stwierdzam, że powieść Louisy May Alcott trochę się zestarzała. Być może to ja wyrosłam i już nie jestem adresatką dziewczęcej prozy. Książka nie zrobiła na mnie wrażenia. W przeciwieństwie do filmu, którym jestem absolutnie zachwycona.

Greta Gerwig zabiera się za tę opowieść po swojemu. Nadaje historii nowy wymiar. Dzieciństwo i dorosłość bohaterek to dwie równoległe linie czasu. Tym samym film nie opowiada wyłącznie o perypetiach młodych dziewcząt, a również o przemijaniu, dojrzewaniu, mierzeniu się z trudami dorosłości i o tęsknocie za czasami, które nie wrócą. Kontrast między dzieciństwem a dorosłością nakreślony jest tu bardzo wyraźnie. Choćby w obrazie. Przepełnione ciepłymi kolorami, pełne śmiechu i żywotności dzieciństwo łatwo odróżnić od chłodnej, stonowanej, problematycznej dorosłości. Nie w tym rzecz, że dorosłość jest zła. Jest po prostu inna. Kontrast podkreśla, jak trudno jest w nią wkroczyć i nieodwracalnie pożegnać beztroskę dzieciństwa. Greta Gerwig (reżyserka i scenarzystka) odniosła sukces, jeśli mierzyć go tym, na ile nostalgia przemijania udziela się widzowi.

Doświadcza jej również Jo (Saoirse Ronan), z której perspektywy poznajemy historię czterech sióstr March: Meg (Emma Watson), Josephine [Jo], Beth (Eliza Scanlen) i Amy (Florence Pugh). Ich losy są treścią jej książki, którą składa w wydawnictwie: „Little Women”.

Jo jest postacią pierwszoplanową. Najbarwniejsza, najbardziej zbuntowana i zdeterminowana, by sięgać po to, o czym marzy. Jednocześnie wraz z dorosłością odkrywa pragnienia nowe, których nie brała pod uwagę, a które trudno pogodzić z jej dziewczęcym snem o niezależności. Saoirse Ronan jak zwykle ujmuje swą naturalnością, młodzieńczą energią i zadziornością. A jej bohaterka – za sprawą osobowości właśnie – przenosi tę XIX-wieczną opowieść w dzisiejsze czasy. Nieustraszona, utalentowana, ambitna chłopczyca pragnąca udowodnić światu, że kobietę stać na wiele więcej niż zamążpójście.

Co do obsady to myślę, że nie ma tu złej roli. Nie zawodzi Timothée Chalamet partnerujący Saoirse Ronan. Swym marzycielskim spojrzeniem i młodzieńczym urokiem świetnie oddaje romantyka, jakim był Laurie. Co więcej. Jestem aż zaskoczona, jak bardzo podobały mi się kreacje Jamesa Nortona oraz Louisa Garrela. Mimo krótszego czasu ekranowego wydali mi się nawet ciekawsi niż postać Chalameta, niczego mu nie ujmując, wypadł przecież bardzo dobrze. Marmee (Laura Dern) – wzór żony i matki jest bardziej ludzka niż pierwowzór. Ma swoje słabości, ale patrząc na nią, nie mamy wątpliwości, po kim Jo odziedziczyła temperament. Najstarsza, roztropna Meg, oraz nieśmiała, pełna dobroci Beth, również wypadły bez zarzutu. Miałam ambiwalentny stosunek do książkowego pierwowzoru postaci Amy. Tutaj nie dość, że jej postać jest świetnie umotywowana i rozwinięta, to Florence Pugh kradnie ekran. Jej Amy jest rozkoszna!

Greta Gerwig kontynuuje rozpoczęte już w „Lady Bird” portretowanie młodości. W „Małe kobietki” tchnęła nowe życie. Przekonałam się do niej tak, jak i do jej bohaterek. Za ich różnorodność i dążenie do marzeń. Nieważne czy jest to marzenie o sukcesie i sławie czy o posiadaniu męża i dzieci. O każde warto walczyć, mimo wszelkich barier i wyzwań, jakie stawiają konwenanse i nieszczęsna dorosłość. Bo mimo że nie jest ona tak sielankowa jak dzieciństwo, to daje nam nowe możliwości i otwiera przed nami nowe rozdziały, pozwalając wierzyć, że również może być piękna.


Rekomenduje: Renata Borowiak

BYĆ PISARKĄ

Warto obejrzeć. Nie oczekiwałam po „Małych kobietkach” zbyt wiele. Pomysł, by ekranizować L.M. Alcott wydawał mi się ryzykowny. Mógł zmaterializować się jako kostiumowy skansen. Z ulgą przyjęłam energię bohaterek – ściślej: różne tony tej energii, tak jak różne były charaktery dziewcząt. Ujęło mnie nieprzesłodzone zakończenie. Zabawna scena pertraktacji Jo z wydawcą na temat „happy” endu jest jak mrugnięcie okiem. To raczej Jo ma rację, zachowując ostrożność w szafowaniu mariażami. Nawet jeśli ustąpi, komizm puenty rozbroi czającą się ckliwość.

Zgadzam się z Dominiką, że dziewczęcość nie zamyka horyzontu doświadczeń. Rozjaśnione, barwne obrazy z czasów, gdy żyło się marzeniami, są dopełnione tym, co nadeszło. Skończone dzieciństwo to ślub, śmierć, kompromisy potrzebne, by utrzymać rodzinę. Nowa jakość – dorosłego – życia. Wiara w siebie i w siostrzaną więź dają nadzieję, że będzie ok.

Akcja rozgrywa się w czasach, gdy dziewczęta, marząc o niezależności, szukają jej w sztuce. Teatr, literatura, muzyka i malarstwo. Podoba mi się wątek pisarski. Umazane atramentem ręce Saoirse. Kartki powieści porozkładane na podłodze. Pisanie dla czytelników, którzy są w domowym zasięgu. Dorastanie do pisarskiej prostoty, gdy zamiast zmyślać niestworzone historie, Jo sięga po temat, który jest jej bliski. A na koniec – uczy się, że pisanie jest zawodem, w którym trzeba dbać o własną markę i prawa własności.

Wiele się dzieje w świecie panien March, sceny się kłębią, przekomarzań i kłótni naprawdę sporo. A mnie się podoba ta między Jo i Friedrichem (Louis Garrel). Spokój Garrela, gdy mówi, że nie lubi opowiadań Jo i próbuje jej to merytorycznie uzasadnić kontra urażona duma młodej pisarki, która nie będzie się od Szekspira uczyć, bo wcale nim nie chce być. Saoirse jest świetna. Dojrzała i dziecinna. Odradzająca siostrze małżeństwo („za dwa lata on ci się znudzi!”) i przyznająca, że boli ją samotność. Wściekła na siostrę i gotowa usunąć się w cień dla jej szczęścia.

To nie jest mój ulubiony tegoroczny film. Ale sympatię do reżyserki i scenarzystki czuję ogromną. W Grecie Gerwig jest siła „Małych kobietek”. Oczywiście, dobrze filmowi robią także kostiumy (nominacja dla Jacqueline Durran) i muzyka Alexandre`a Desplata (też nominacja, ale chyba tym razem mistrz odda pierwszeństwo Hildur Guðnadóttir).

Louis Garrel (Friedrich Bhaer) i Saoirse Ronan (Jo March)
James Norton (John Brooke, mąż Meg)

Dodaj komentarz