
Sale kinowe puste, ale filmowe platformy otwarte szerzej niż dotąd i sporo świeżych tytułów jest w zasięgu naszego kliknięcia. Jędrek i Tomek widzieli najnowszy film Jana Komasy jeszcze w kinie. Jak to dziś retro brzmi! Na vod.pl – dostęp (płatny) dla każdego siedzącego grzecznie w domu. Tak się po tym seansie dewaluują słowa i hasła, że trzeba wypić butelkę wody na odtrutkę. Zobaczyć warto! Przeczytać też (dwa sążniste teksty).
Rekomenduje: Jędrzej Sławnikowski
Po sukcesie „Bożego Ciała” oczekiwania wobec kolejnego filmu duetu Komasa/Pacewicz miały prawo być duże. Dla wielu jednak czynnikiem studzącym entuzjazm była niechęć do pierwszej części „Sali samobójców” z 2011 roku. Dlatego już na wstępie zapewniam, że „Hejter” nie tylko jest z nią jedynie luźno powiązany, ale też zwyczajnie znacznie lepszy.
Tytułowy hejter to Tomek Giemza (Maciej Musiałowski), do niedawna student prawa, wyrzucony z uczelni za plagiat. Żeby nie stracić wsparcia finansowego, chłopak zataja ten fakt przed wspierającymi go bogaczami, państwem Krasuckimi (Danuta Stenka i Jacek Koman). Już w pierwszych scenach filmu ujawniają się takie cechy bohatera, jak łatwość w manipulacji i zdolność adaptacji do otoczenia, które okażą się dlań kluczowe w nowym miejscu zatrudnienia – agencji zajmującej się anonimowym oczernianiem w Internecie, prowadzonej przez Beatę Santorską (Agata Kulesza), jedyną postać z „Sali samobójców” pojawiają się też w „Hejterze”. W krótkim czasie Tomek imponuje szefowej swoją pracą, dzięki czemu otrzymuje ważne zlecenie, na którego celowniku znajduje się wysoko postawiony polityk.
„Hejter” stanowi zaskakująco wnikliwy komentarz na temat współczesnej Polski. Twórcy doskonale oddają charakter różnych fragmentów pejzażu społeczno-politycznego, między którymi porusza się bohater. Państwo Krasuccy to liberalna elita, pozująca na nowoczesność i postępowość, w istocie funkcjonująca we własnym zamkniętym kręgu. Pojawiające się w filmie sylwetki polityków nie raz przywodzą na myśl swoje konkretne pierwowzory, uosabiając zarazem różne metody prowadzenia działalności politycznej, wszystkie nie całkiem czyste. Na drugim końcu spektrum sytuują się chociażby mieszkający z chorą babcią sfrustrowany vloger-nacjonalista, który stanie się ważnym ogniwem działań Tomka, jak i on sam, młody i zdolny przyjezdny ze wsi, pragnący „wkręcić się” w wyższe kręgi. Wszystkie te typy postaci w pewnym stopniu ulepiono z uproszczonych stereotypów, jednak dzięki znakomitemu scenariuszowi i trafionym wyborom castingowym wypadają one wiarygodnie, a obraz społeczeństwa, na który się składają, to zapewne najprawdziwsza ekranowa Polska XXI wieku.
Dawno też rodzime kino nie widziało tak ciekawie napisanego i rozwiniętego bohatera. Tomek Giemza to Lutek Danielak doby Internetu, gotów na wszystko, by osiągnąć upragniony cel. Jednak w porównaniu do tytułowego „Wodzireja” z filmu Feliksa Falka, „hejter” ma znacznie bardziej złożone motywacje. Składa się na nie owa chęć przynależenia do elity i potrzeba autokreacji, ale też uczuciowe rozczarowanie i pragnienie prywatnej zemsty. Tomek jest o tyle genialniejszym krętaczem niż Lutek, że działa niejako w białym rękawiczkach, ukryty za ekranem firmowego komputera, a w realu pozujący na zupełnie inną osobę. Nie sposób nie wspomnieć o rewelacyjnej kreacji Macieja Musiałowskiego, który nie tylko z wielką gracją przechodzi metamorfozy swego bohatera i odgrywa jego kolejne role, ale też znakomicie wypada w momentach chwilowego przełamywania się wyrachowanej fasady, zsuwania się maski cynicznego makiawelisty, pod którą Tomek chowa swoje pokiereszowane ego.
Bez wątpienia „Hejter” to obraz bardziej hermetyczny od „Bożego Ciała”, co nie odbiera mu jednak szans na zdobycie popularności za granicą. Obok ściśle polskich wątków społeczno-politycznych film podejmuje przecież uniwersalny dyskurs na temat zagrożeń niesionych przez środki masowego przekazu. Tomek stanowi silnik ogromnej machiny, którą nakręca nienawiść i interesowność. Prowadzona przez Beatę agencja wykorzystuje takie cechy internetowej komunikacji jak anonimowość czy hashtagi, w celu rozsiewania fałszywych lub podrasowanych informacji. „Hejter” stanowi zatem dwustronną przestrogę: po pierwsze – aby nie wierzyć bezrefleksyjnie we wszystko, co się czyta; po drugie (jak mówi sam Komasa w puszczanym przed filmem spocie Legalnej Kultury) – aby zdawać sobie sprawę z mocy, jaką ma słowo i krzywdy, jaką nim można wyrządzić.
Przy tym wszystkim to zdecydowanie film lekki i rozrywkowy, chwytający za gardło jak najlepsze thrillery i trzymający na skraju fotela niemal przez cały czas trwania. Refleksja nad rzeczywistością nie ciąży mu, a wręcz go napędza. Komentarz na temat społeczeństwa, polityki i mediów wpisany zostaje w angażującą i atrakcyjną fabułę, nie stając się przy tym eksploatacją szkodliwych stereotypów ani kolejnym wcieleniem swojskiego „polskiego piekiełka”. „Sala samobójców. Hejter” to obraz wstrząsający i efektowny, ale też dojrzały i sprawiedliwy. To dzieło ważne i potrzebne, a przy tym rewelacyjna rzemieślnicza robota. To polski film na miarę XXI wieku.
Rekomenduje: Tomek Begier
MAM TAK SAMO JAK TY
Film „Sala samobójców” (2011), mimo całej krytyki, jaka na niego spłynęła (kiepskie dialogi i brzydka animacji tytułowej gry wideo), dumnie widnieje na kartach historii kina polskiego jako dzieło, które otworzyło drogę do kariery takim osobom jak Jan Komasa i Jakub Gierszał, który po odegraniu tam głównej roli stał się jednym z najbardziej charakterystycznych polskich aktorów młodego pokolenia. W 2020, po niespełna dziesięciu latach, Komasa wraca do wykreowanej przez siebie Warszawy, czyniąc jedną z bohaterek „Hejtera” Beatę Santorską (Agata Kulesza), matkę Dominika, postaci odgrywanej przez Gierszała.
Mimo zwodniczego tytułu „Sala samobójców. Hejter” nie kontynuuje w bezpośredni sposób wątków poruszonych w fabularnym debiucie Komasy; jedynym spoiwem między dziełami jest postać Agaty Kuleszy i tytułowa gra, która pojawi się tu jako tło jednego z wątków. Głównym bohaterem „Hejtera” reżyser czyni Tomka (Maciej Musiałowski), właśnie skreślonego z listy studentów prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Nie przyznaje się jednak do tego przed wspomagającą go finansową rodziną Krasuckich – Zofią i Robertem (Danuta Stenka i Jacek Koman) i ich córką, Gabi (Vanessa Aleksander), którą od dawna darzy uczuciem. Krasuccy pełnią tu rolę „ambasadorów”; są postępową rodziną angażującą się w wiele akcji społecznych mających uczynić świat lepszym – ich stypendia wspomagają studentów z małych miast lub wsi, dając im szansę na równy start w stolicy. Mimo pozornej bliskości (Tomek zwraca się do Krasuckich per „wujku” i „ciociu”) różnice klasowe między bohaterami naszkicowane są aż nadto wyraźnie i to wokół nich narośnie konflikt.
Po raz kolejny Tomek odczuje, że jest człowiekiem „drugiej kategorii” podczas stażu w firmie marketingowej prowadzonej przez Santorską. Do czasu, gdy bezwzględna szefowa doceni jego zdolności manipulacyjne. Udowadnianie swej wartości to wątek pierwszoplanowy. Skrzywdzony przygotowuje zemstę.
Komasa powraca tu także do myśli rozpoczętej w „Sali samobójców”, dotyczącej siły rażenia social mediów i konsekwencji, jakie tworzyć może manipulacja – tym razem na znacznie większą skalę. Ciekawa jest też postać Kuleszy – mimo traumatycznych przeżyć przedstawiona tutaj jako twardo stąpająca po ziemi, potrafiąca osiągnąć co sobie zamierzy, a szukanie szczeliny, która sprawi, by pękła, będzie istotnym motywem filmu.
Ważnym elementem świata przedstawionego przez reżysera jest zawieszony w powietrzu społeczny niepokój; konflikty polityczne i światopoglądowe sterowane tutaj nienawiścią (lub, jak ktoś woli, hejtem) nieuchronnie zmierzać będą w stronę wielkiego finału, katastrofalnego katharsis. Temat rosnących w społeczeństwie napięć i rewolucyjnych zapędów wyjątkowo silnie jest ostatnio podejmowany w kinie (by wspomnieć tu chociażby „Jokera” Todda Phillipsa lub francuskich „Nędzników” Ladj Ly). Zwłaszcza ten pierwszy ma dla „Hejtera” szczególne znaczenie – w obu filmach mamy do czynienia z jednostką, która nie wytrzymując wspomnianych napięć społecznych, decyduje się na radykalne kroki. Warto docenić w tym miejscu Musiałowskiego, który tworzy postać enigmatyczną – z jednej strony empatyczną i szlachetną, z drugiej jednak zaczynającą rozumieć funkcjonowanie systemu i usilnie próbującego się w niego wpisać, by posiadać jakąkolwiek siłę sprawczą.
Jeszcze o jednym nazwisku warto wspomnieć: Mateusz Pacewicz. Scenarzysta filmu, którego debiutem pełnometrażowym była współpraca z Komasą przy „Bożym Ciele”. Światy, które tworzy, są światami nieoczywistymi; oświecony, ale agresywny Daniel z „Bożego Ciała”, jak i represjonowany przez system Tomek wplątani są w sieć skomplikowanych relacji i konfliktów, które nie posiadają jednego, słusznego rozwiązania. Co jednak najważniejsze, współpraca reżysera i scenarzysty pozwala prezentowanym konfliktom wystarczająco wybrzmieć – dzieła, które razem tworzą zapadają w pamięć i budzą refleksję. Ogólnoświatowe docenienie „Bożego Ciała” daje nadzieję na międzynarodowe sukcesy „Hejtera”, a polskiej publiczności pozwala być dumną z poziomu naszej współczesnej kinematografii.







