BÓL I BLASK

Dolor y gloria – reż. Pedro Almodóvar, Hiszpania 2019

Film spełniony. Każdy ma swoją wersję „Bólu i blasku”. My przemawiamy kobiecym trójgłosem. Temat niewyczerpany – do dyspozycji są niezliczone ilości komentarzowych dymków. 🙂

Ania Falbierska​:

DOLOR Y GLORIA
Żyć, żeby filmować. Przeboleć, żeby błyszczeć.

Dzieciństwo było śpiewem matki, poszukiwaniem odpowiedzi, odkrywaniem siebie. Młodość była narkotykami, miłością i stratą, podróżami i chęcią ucieczki. Doświadczenia ukształtowały twórczość. Kino było zawsze.

A może: filmować, żeby żyć. Przygasnąć, żeby zaczęło boleć.

Starość jest momentem na pogodzenie się z przeszłością, z ludźmi, z samym sobą. Praca na planie, zastąpiona przez schorzenia i leki, jest teraz, choć najdroższym, to tylko wspomnieniem. Jak bez twórczości rozliczyć się z pewnymi wydarzeniami? Jak nie pogrążyć się w marazmie, gdy po tym wszystkim pozostały już tylko obrazy i ekstrawaganckie stroje z minionych gal?

Życie i filmy. Ból i blask.

W życiu twórcy pojawiają się z reguły dwa szczególne dzieła. Okropne dziecko i opus magnum. Pierwszym z nich dla bohatera filmu, podstarzałego już kultowego hiszpańskiego reżysera, jest „Sabor”. Choć dzieło święciło sukcesy, Salvador Mallo dopiero po trzydziestu dwóch latach przemógł się do obejrzenia własnego obrazu, który wówczas nie spełnił jego wizji, a na dodatek stał się symbolem konfliktu. Natomiast „Ból i blask” to opus magnum Pedro Almodovara. Film bardzo osobisty, pełen szczerości i wrażliwości, a jednocześnie niepozbawiony humoru. Historia opowiedziana w kilku formach – są retrospekcje, jest monodramat, przez krótką chwilę nawet animacja. Niezmiennie jednak kadry wypełniają nasycone kolory i prawdziwie głębokie emocje, które pozostają na długo po seansie.

Dominika Stachowiak​:

„Ból i blask” to spowiedź. Piękna, barwna i przede wszystkim szczera. Almodóvar dokonuje rozliczenia z przeszłością. Pozwala nam w tym uczestniczyć do tego stopnia, że mamy wrażenie, jakbyśmy go nachalnie podglądali. Główny bohater to alter ego reżysera.

Bohaterem jest człowiek schorowany (ma problemy ze stawami, kręgosłupem, krztuszeniem się), ma chorą duszę. Twierdzi, że to dlatego już nie pracuje, choć kochał kino nad życie. Charakterystyczne, jak pięknych barw używa Almodóvar, by ukazać marazm człowieka. Mieszkanie głównego bohatera zatopione jest w żywych kolorach – od rażącej czerwieni czy żółci po kobalt. Wyraziste są stroje bohaterów. Brak tu szarości, której można by się spodziewać jako współbrzmiącej z depresją Salva.

Momentem próby jest konfrontacja Salvadora Mallo z filmem, który wyreżyserował 32 lata temu – „Sabor”. Może to właśnie tytułowy „ból” i „blask”. Film, który skłócił go z przyjacielem (odtwórcą głównej roli), film, od którego się odciął. I film, który w opinii publicznej jest już klasyką kina. Almdóvar przeplata kryzysową współczesność reżysera ze wspomnieniami z dzieciństwa. Poznajemy sytuacje i okoliczności, które go ukształtowały. Nie da się ukryć, że dużą rolę w jego życiu odgrywała matka, grana przez wieloletnią muzę reżysera, Penelope Cruz.

I tu się zatrzymajmy, bowiem to, co nadaje obrazowi tak istotnej szczerości, to obsada. Penelope Cruz jest tutaj fenomenalna! Choć nie tak często jest na ekranie, gdy się pojawia, kradnie każdą scenę. Wierzymy w każde jej spojrzenie i każde słowo. To samo możemy powiedzieć o Antonio Banderasie. Aktor, który wiele zawdzięcza Almodóvarowi, miał trudne zadanie. Zagrać prawdziwą osobę to jedno, ale zagrać ją, gdy ona zza kamery śledzi każdy Twój ruch, jednocześnie będąc dla ciebie kimś bliskim, to zupełnie co innego. Poradził sobie wspaniale. To, co się dzieje w oczach Banderasa w niektórych scenach, to czysta poezja. Tą cichą i przygaszoną rolą przekazał taki ogrom emocji, że Złota Palma za najlepszą męską kreację nie powinna nikogo dziwić.

Jeżeli odbiliście się od poprzednich produkcji Almodóvara, tej dajcie szanse. Brak tu rozpoznawalnego dla reżysera absurdu czy chaosu. Ta produkcja jest inna. Spokojna, stonowana i dojrzała.

Renata Borowiak​:

KINO O KINIE

To jeden z najpiękniej nostalgicznych filmów, jaki widziałam. Rzecz o utracie. Być może – naturalnej utracie tego, czym młodość mami nas, że będzie wieczne: siły witalne, związki, obecność najbliższych, zapał twórczy. Almodóvar – jak zauważa Dominika – nie daje się zatopić szarości. Ból utraty jest wypolerowany do blasku skarbów, które zostają na zawsze. Śmierć matki równoważy rozjaśnionymi obrazami jej energicznej młodości (cudnie rozśpiewana ekspozycja, w której roześmiany chłopiec nie może oczu oderwać od matki i sąsiadek). Gdy spotyka kochanka, którego lata temu odebrał mu nałóg, nie próbuje wskrzeszać relacji. Bierze z tych wspomnień jasną nutę.

W retrospekcjach wraca pierwsze erotyczne spojrzenie., zaskoczenie i gorączka. Po półwieczu życie dopisało puentę. Co utracone może być odzyskane. Nie dosłownie – daremny trud i mrzonki. Sposób podsuwa sztuka.

„Ból i blask” to kino o kinie. Na wielu różnych poziomach. Jak pisze Ania – „kino było zawsze”, wytyczało marzenia, ratowało z zapaści. Po pierwsze – to film o Almodóvarze (również poprzez cytaty z jego z wcześniejszych filmów). Po drugie – sprawy zakulisowe (szukanie roli, spotkania z widownią). Po trzecie – mały Salvador ma głowę nabitą nazwiskami hollywoodzkich gwiazd i żyje wśród nich, jakby byli z sąsiedztwa (jest trochę jak Salvatore z „Cinema Paradiso”). Po czwarte, piąte i dziesiąte… przecież oglądamy film w filmie. Ostatni kadr nam to uświadamia: gasną światła, Penelope jest tyleż matką, co aktorką. Kino w stanie tworzenia (in statu nascendi): „Pierwsze pragnienie”. Twórczy restart.

Penélope Cruz i Asier Flores
Julieta Serrano i Antonio Banderas
Antonio Banderas (Salvador Mallo)

Dodaj komentarz