
Quentina Tarantino nikomu przedstawiać nie trzeba. „Pewnego razu.. w Hollywood” jest dziewiątym (i, jeżeli wierzyć słowom reżysera, przedostatnim) jego projektem. Tym razem akcja osadzona zostaje na przełomie lat 60. i 70. w słonecznym Los Angeles.
W rolach głównych reżyser po raz kolejny umieścił swoich stałych współpracowników. Rick Dalton, gwiazda telewizji (Leonardo DiCaprio) i Cliff Booth, jego kaskader (Brad Pitt) przyglądają się przemysłowi filmowemu, z bólem obserwując schyłek złotej ery „fabryki snów”. Tarantino patrzy na miniony czas z fascynacją i czułością; Hollywood okiem jego kamery staje się pierwszoplanowym bohaterem filmu, a na ekranie sportretowane zostają takie osoby jak Steve McQueen, Bruce Lee czy Sharon Tate.
Zwłaszcza ta ostatnia odgrywa tu ogromną rolę. Tate (Margot Robbie) jest tutaj ikoną; to właśnie w jej oczach, podczas sceny w której bohaterka idzie do kina oglądać film, w którym wystąpiła, dostrzec możemy czystą fascynację Hollywoodem. Mówić tu możemy wręcz o fetyszyzowaniu własnej pracy – Tarantino podobnie jak Tate sprawia wrażenie czerpania radości ze swoich kadrów. Częste ujęcia stóp, długie sceny obrazujące podróże samochodem; stałe elementy tarantinowskiego kina tutaj zyskują tylko na sile.
Dla fanów Tarantino – pozycja obowiązkowa. Pozostałym, nawet jeżeli mieliby się męczyć polecam zostać do końca – ostatnia, iście hollywoodzka, ale i przy tym niesamowicie „tarantinowska” sekwencja jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie można zobaczyć w kinie w tym roku.

