W trzecim tygodniu października Centrum Kultury ZAMEK w Poznaniu pęczniało od widzów – trwała 23. edycja OFF CINEMA. Poza konkursem była sekcja DOKUMENTY GÓRSKIE – w ramach której można było obejrzeć dwa rekomendowane filmy: „OSTATNIĄ GÓRĘ” i „DREAMLAND”. Może nie każdy planuje zdobywać himalajskie ośmiotysięczniki. Jeśli nie, to tym bardziej warto o nich u nas przeczytać (i uzupełnić lekturę filmową wizualizacją). 🙂
Rekomenduje: Kuba Marszałkiewicz
OSTATNIA GÓRA
Nikt by się chyba nie spodziewał, że film dokumentalny o wyprawie na K2 – ostatni niezdobyty zimą ośmiotysięcznik – może się okazać hitem w polskich kinach. A jednak. Chociaż nie jest to sukces na miarę hollywoodzkich produkcji, to bilety na seans „Ostatniej góry” podczas festiwalu OFF CINEMA, rozeszły się w niecałe 24 godziny, co mówi samo za siebie. Skoro prawie każdą wyprawę wysokogórską wieńczy się dokumentem, dlaczego warto obejrzeć właśnie „Ostatnią górę”?
Bo scenariusz napisało samo życie, a widz może dosłownie wejść do obozu czy na szlak razem z bohaterami. Możemy zobaczyć, z czym trzeba się mierzyć na wysokości ponad 5000 m n.p.m., patrzeć, jak planowana jest strategia zdobycia szczytu czy jak przeprowadzane zabiegi medyczne z lekarzem obecnym tylko na Skypie. Wątek konfliktu zespołu z Denisem Urubko pokazuje, że nawet w ekstremalnych sytuacjach, gdzie praca zespołowa jest najważniejsza, zdarzają się przejawy indywidualizmu i sportowego ducha, mimo wysokich kosztów. Całość układa się w zgrabną – można by rzec – fabułę.
Bo można się przenieść w wysokie góry. A filmowi nie sposób zarzucić braku estetyki – niektóre ujęcia są naprawdę przepiękne i czujemy się jak na mroźnych szczytach Azji. Lodowe krajobrazy, ryk wiatru i małość człowieka względem żywiołu emanuje z ekranu. Na pochwałę zasługuje fakt, że zdjęcia kręcili nie tylko reżyser – Dariusz Załuski – ale również sami bohaterowie filmu. To dzięki nim widz może poczuć się jak na szlaku i nie raz dostać kamieniem prosto w twarz. Warto wspomnieć, że nad całym filmem pracował zespół już wprawiony w dokumentach górskich – m.in. Anna Filipow, która zmontowała finalną wersję, choć reżyser w pewnym momencie uznał to za niewykonalne, czy Maja Pietraszewska-Koper, która tworzyła muzykę do filmu już podczas trwania wyprawy, inspirowana nadsyłanymi z Karakorum odgłosami wiatrów.
Bo każdy wie, co się tam wydarzyło. Jest to dość zaskakujący argument, jednak nie można go nie uwzględnić. Chodzi oczywiście nie tylko o akcję ratunkową pod Nanga Parbat, o której było głośno w mediach, ale również o niezdobyty cel wyprawy – szczyt K2. Większość filmów dokumentalnych kończy się wykonaniem zakładanego planu, tu jednak jest inaczej. Widz wie, że bohaterom się nie uda, nieważne jak dobrze idzie im w międzyczasie. To jednak nie przeszkadza w odbiorze, bo to właśnie przeciwności i zmagania są najciekawsze. Poza tym cała wyprawa rozdmuchana była medialnie, pojawiały się fake newsy, które film po części dementuje, pokazując, co naprawdę działo się w obozie.
Ekstremalne warunki, ludzie i cel – te trzy rzeczy wydają się chyba głównymi czynnikami budującymi każdy dokument o wyprawie w wysokie góry, jednak „Ostatnia góra” Dariusza Załuskiego to coś więcej. Na fenomen tego filmu przełożyły się na pewno rozgrywająca się w tle tragedia i rozgłos medialny całej wyprawy. Ale i bez tego tła film jest wart obejrzenia. Poznanie alpinistów, ich życia w górach i ich determinacji w dążeniu na szczyt jest niesamowite – tego typu wyprawa to jednak nie zwykła wspinaczka na Rysy. A niektóre obserwacje wysokogórskiego życia mogą inspirować do refleksji również na nizinach.
Rekomenduje: Michał Korczyński
DREAMLAND
Maciej Berbeka stał się szerzej znany w 2013 roku. To wtedy mieliśmy do czynienia z zimową wyprawą na Broad Peak, w której Berbeka brał udział i zdobył w czteroosobowym zespole szczyt, ale – podobnie jak Tomek Kowalski – do bazy już nie wrócił. W czasie, gdy w Karakorum czekano na jakikolwiek sygnał od zaginionych wspinaczy, w Polsce media wyczuły gorący temat i mieliśmy do czynienia – chyba po raz pierwszy na taką skalę – z włączeniem w wysokogórską wyprawę polskich widzów i czytelników. Po trzech dniach oczekiwania, kierownik wyprawy Krzysztof Wielicki uznał Berbekę i Kowalskiego za zmarłych. Tuż po tych wydarzeniach Staszek Berbeka, jeden z czterech synów zmarłego wspinacza, sięga po aparat i zaczyna rozmawiać o ojcu z jego przyjaciółmi oraz krewnymi.
„Dreamland” Stanisława Berbeki to bardzo prywatny portret człowieka, który był dla reżysera najważniejszą osobą w życiu. To obraz intymny, ale pozbawiony ciężkości. Co zwraca uwagę tym bardziej, że Stanisław Berbeka to reżyser debiutant. Otrzymujemy film niesłychanie dojrzały, umiejętnie prowadzący widza po życiu głównego bohatera. Bez patosu i ckliwości, ale i bez uciekania od sytuacji trudnych, które w życiu Macieja Berbeki faktycznie miały miejsce (śmierć ojca w Alpach, dramatyczna historia pierwszej próby zimowego zdobycia Broad Peak w 1988 roku). A przy tym nie rezygnuje z wątków zabawnych, ale raczej wywołujących spokojny uśmiech niż histeryczny rechot. To wszystko w tym filmie jest i zupełnie się ze sobą nie „gryzie”, a co więcej to właśnie chyba w tym połączeniu szukać należałoby wyjątkowości „Dreamlandu”.
Osobisty ton filmu wzmocniony jest także jego warstwą formalną. Stanisław Berbeka nie szuka na siłę wizualnych fajerwerków. Większość filmu to fragmenty kilku rozmów przeprowadzonych przez reżysera, „found footage” z telewizyjnych i prywatnych archiwów oraz relacja z wyprawy trekkingowej żony Macieja Berbeki wraz z synami pod Broad Peak. Ktoś mógłby powiedzieć, że to efekt braku doświadczenia autora, ja optowałbym raczej za jego świadomym wyborem. Nieco „chałupniczy” charakter filmu wydaje się być optymalną formułą nie tylko dla opowiadanej historii, ale przede wszystkim dla jej bohatera.
Maciej Berbeka od czasu wyprawy na Broad Peak w 1988 roku zrezygnował z uczestnictwa w ekspedycjach narodowych (aż do 2013 roku), funkcjonował trochę poza środowiskiem polskiego himalaizmu, ważniejsze wydawały się dla niego jego prywatne wyprawy, działalność artystyczna (Berbeka był malarzem, grafikiem i scenografem) oraz – przede wszystkim – rodzina. „Dreamland” pięknie akcentuje te wątki, a do tego potrafi jeszcze zaskoczyć. Pewną niespodzianką było dla mnie dostrzeżenie w Berbece swoistego filozofa gór, człowieka, który postrzega je bardziej przez pryzmat swoich wewnętrznych przeżyć i refleksji niż sportowych wyczynów. A mówimy tu przecież o człowieku, który dokonał pierwszych zimowych wejść aż na trzy ośmiotysięczniki i który jako pierwszy o tej porze roku pokonał wysokość 8000 m n.p.m. w Karakorum. Przed obejrzeniem filmu Berbeka był dla mnie postacią o podejściu do gór zbliżonym do takich „zdobywców” jak Kukuczka, Rutkiewicz, czy Wielicki. Teraz ten obraz wydaje mi się o wiele bardziej złożony, z silnie obecnym pierwiastkiem refleksji, ale i pokory wobec gór, z czym do tej pory wśród polskich himalaistów kojarzył mi się przede wszystkim Wojciech Kurtyka.
Myśląc o „Dreamlandzie”, wracały do mnie dwa inne górskie dokumenty. Pierwszy, to „Ostatnia góra” Dariusza Załuskiego, który zresztą obejrzałem tuż po filmie Stanisława Berbeki. Przy całym szacunku dla jakości i walorów artystycznych filmu Załuskiego pozostawił on we mnie pewien niesmak związany z opowiadaną historią, toksycznością „bazowych” relacji międzyludzkich, czy negatywnej energii i skłonności do wzajemnych oskarżeń, które pojawiają się w kontekście wysokogórskich eskapad. Film drugi to „Jurek” Pawła Wysoczańskiego, filmowy portret Jerzego Kukuczki. Choć był to film o jednym z najwybitniejszych sportowców XX wieku, to jednak pamiętam go przede wszystkim jako „dramat rodzinny”, w którym postacią tragiczną wcale nie jest główny bohater, lecz jego żona i synowie. W „Dreamlandzie” takich tonów nie ma. Wydaje mi się, że jest to kwestia świadomego pójścia pod prąd poetyki górskiego dokumentu. Tym bardziej zrozumiałego, gdy w trakcie napisów końcowych doczytamy komu Stanisław Berbeka zadedykował swój film.



