
Rekomenduje: Ania Falbierska
BIEGUNY
Świat to kontrasty. Społeczne dysonanse, ekonomiczne przepaście, czerń i biel. Widać je w mediach, dają się zauważyć na ulicy. I obecne są też w filmach – w swoim nowym dziele Bong Joon-ho zderza ze sobą te skrajności. I jest to jedna z najbardziej brawurowych konfrontacji, jakie można zobaczyć w tym roku na srebrnym ekranie.
Dwie rodziny. Pierwsza stoi na szczycie łańcucha konsumpcyjnego – małżeństwo wraz z dwojgiem dzieci (i trzema rasowymi psami) mieszka w pięknej willi w jednym z koreańskich miast. Gosposia sprząta dom za matkę, szofer wozi ojca do pracy, młodzież uczona jest przez renomowanych korepetytorów.
Druga rodzina natomiast została zepchnięta na społeczny margines – małżeństwo wraz z synem i córką mieszka w piwnicy w tym samym koreańskim mieście. Rodzicom brak pracy, nastolatkom brak perspektyw. Cała czwórka może jednak poszczycić się sprytem i ambicją. Gdy więc dochodzi do spotkania, a na horyzoncie pojawia się szansa, postanawiają wycisnąć z niej absolutnie wszystko. Bo ileż można znosić sikających pod oknem sąsiadów? Do czego więc będą zdolni kowale własnego losu? Dziwnym trafem liczba miejsc pracy w domu bogaczy odpowiada liczbie członków biedniejszej rodziny – problem w tym, że niektóre z tych miejsc są już zajęte, więc w imię pracy (pieniędzy?) trzeba będzie zagrać nieczysto. Czy starania o lepsze życie mogą okazać się drogą „po trupach” do celu? Oba światy staną w końcu przed tym samym osądem. A my przed odpowiedzią na pytanie o granicę między sprytem i ambicją a działaniem bez skrupułów.
„Parasite” to mieszanka gatunkowa i emocjonalna huśtawka. Dramat staje się skłonną do przerysowań koreańską komedią. Litość zastępuje śmiech, z którego rodzi się pytanie o moralność. Thriller idzie w parze z tragifarsą. Obrzydzenie, żal, przerażenie, śmiech. Kontrasty i podobieństwa. Bong Joon-ho sprawnie żongluje tymi pędzlami, malując dość przykry obraz społeczeństwa. I z tym portretem, zdecydowanie zasłużenie, wychodzi na scenę po canneńską Złotą Palmę.
Rekomenduje: Marcin Łukomski
DWIE TWARZE EGOIZMU
Gdybym miał opisać dotychczasową twórczość Bonga Joon-ho, użyłbym określenia „kino rozrywkowe dające do myślenia”, jednak jego najnowsze dzieło wyłamuje się z tych ram, dobudowując nowe, ciekawe elementy i koncepcje. „Parasite” z łatwością żongluje gatunkami, miesza je i łączy, otrzymując zaskakujące rezultaty.
Tematyka filmu odpowiada tej ze „Snowpiercera” – jednej z wcześniejszych produkcji Koreańczyka. Oba opowiadają o podziałach między klasami społecznymi i choć „Parasite” wymienia przemierzający bezkresne oblodzone pustkowia pociąg na nowoczesną willę, to idea, jak i sam film, nabierają większej subtelności i wielowarstwowości. Choć z początku może wydawać się, że oba filmy podążają tym samym tropem, to tam, gdzie „Snowpiercer” wstawia się za biednymi, „Parasite” wykorzystuje okazję, by krytycznym okiem spojrzeć na obie strony konfliktu.
Historia jest na pozór prosta – bezrobotna, mieszkająca w ciasnej piwnicy rodzina postanawia wykorzystać naiwność bogaczy, by poprawić własną sytuację. Zatrudnione na stanowisko korepetytorów rodzeństwo tworzy plan, by przekonać łatwowierną panią domu do zwolnienia dotychczasowych pracowników, w celu zastąpienia ich swoimi rodzicami. Jednak fabuła nie zatrzymuje się na tym. Gdy widz, jak i bohaterowie, zaczyna czuć się pewnie, odkrywa kolejne karty, wprowadzające chaos i zmieniające bieg kolejnych wydarzeń.
Świat filmu wypełniony jest ludźmi samolubnymi. Biedni niczym pasożyty żerują na bogatych, a bogaci gardzą biednymi, traktując ich jak służących. Nikt nie przejmuje się innymi, mając na uwadze jedynie własne dobro. Co ciekawe, pomimo wyraźnie zarysowanego podziału, biedni kontra bogaci, w historii Koreańczyka można odnieść wrażenie, że jedyną rzeczą różniącą przedstawicieli tych dwóch klas jest właśnie ich majątek. Ani jedni, ani drudzy nie są wolni od grzechu i także im wszystkim przyjdzie za te grzechy zapłacić. Każda zła decyzja, świadoma lub nie, napędza lawinę konsekwencji niechybnie zmierzającą ku bohaterom.
„Parasite” to, moim zdaniem, największy sukces w dotychczasowym dorobku Bonga Joon-ho, zarówno pod względem nagród, opowiadanej historii, jak i przekazywanej myśli. Dla reżysera to okazja, by rozwinąć i zaktualizować zaprezentowane w przeszłości przemyślenia, a dla widza fascynujące i wciągające przeżycie, zaskakujące na każdym kroku oryginalnością i świeżością tej niezwykłej opowieści.
Rekomenduje: Kuba Marszałkiewicz
GŁOŚNY PASOŻYT
„Parasite” – ostatnio całkiem często można się natknąć na ten tytuł w internecie. Najpierw było Cannes, potem apel reżysera o nierozpowszechnianie spoilerów, pokazy przedpremierowe czy polski #ParasiteChallenge. Czy rzeczywiście ten film zasługuje na tyle uwagi?
Po seansie filmu Bong Joon-Ho naszło mnie pytanie – o czym w ogóle jest ten film? Według mnie pojawiają się dwa, bardzo wyraźne tematy, a oprócz nich wiele pomniejszych. Pierwszym jest rodzina – temat podejmowany przez tego reżysera już niejednokrotnie, chociażby przy okazji „Okjy” dla Netflixa. Tutaj są nawet dwie – bogata i biedna (a może więcej?). Każda żyje swoim życiem, ma inne zwyczaje, problemy, poglądy i wartości. Jednak ktoś w pewnym momencie łączy ich losy i tworzy się między nimi specyficzna relacja.
Drugim tematem są różnice społeczne, widoczne w filmie od samego początku. Nie jest to jednak wyzysk ukazany tak drastycznie jak w „Snowpiercerze”, bo film osadzony jest w realiach współczesnej Korei Południowej. Są one jednak widoczne na pierwszy rzut oka. Między innymi za sprawą architektury miejsc akcji – duży nowoczesny dom z zielonym ogrodem, zaprojektowany przez znanego architekta, kontrastuje z ciemnymi, brudnymi, wybetonowanymi uliczkami, które wypełnia błotem byle ulewa. Filmowi na pewno nie można zarzucić braku przemyślenia strony wizualnej.
Oprócz tych dwóch najbardziej widocznych tematów, warto wspomnieć, że jest to film oparty na emocjach – pojawiają się miłość, współczucie, złość, chciwość, strach, radość i wiele, wiele innych, targając bohaterami na prawo i lewo, nie oszczędzając widza.
Jednak czy taka – wspomniana już przez moich przedmówców – mieszanka gatunków zasługuje na cały ten szum? Według mnie, warto dać filmowi szansę, nawet jeżeli nie przepada się za azjatyckimi produkcjami. Choć mnie w paru miejscach wydawał się podobny do „Pewnego razu… w Hollywood” (hippisi wkraczający w niedostępny im świat celebrytów, ranczo kontra wille na Cielo Drive + finał), jest to jednak coś zupełnie innego i bardziej zaskakującego. W końcu za coś Bong Joon-Ho swoim „Pasożytem” zagarnął Złotą Palmę Quentinowi Tarantino.

