VAN GOGH. U BRAM WIECZNOŚCI

At Eternity’s Gate – reż. Julian Schnabel, Francja & co., 2018

Komu tęskno do lata, do słoneczników i prowansalskich pól – najprostsza droga to seans z Willemem Dafoe. Dwugłos Ani i Kuby.

Rekomenduje: Ania Falbierska

WIECZNOŚĆ VAN GOGHA
Czym właściwie jest wieczność? Czymś bez początku i końca, nieskończonością. Abstrakcyjne frazesy. A dla filmowego Van Gogha synonimem wieczności były po prostu płaskie przestrzenie, ciągnące się nieprzerwanie aż po horyzont pola. Równiny czy pustynie zdawały się przynosić spokój jego zszarganym nerwom.

O Vincencie Van Goghu powszechnie wiadomo, że był niezrozumianym przez społeczeństwo samotnikiem w rozklejonych butach, ekscentrykiem borykającym się z mnóstwem psychicznych chorób. I w tej kwestii film ten nie dodaje nic nowego. Stara się natomiast wzbogacić utarty portret „szaleńca”, który odciął sobie ucho, o inne jeszcze cechy. Van Gogha ukazuje przede wszystkim jako chaotycznego malarza, który szybkimi ruchami pędzla otwiera bramy wieczności dla urody kwiatów, młodości kobiet, istoty światła. Niezwykle satysfakcjonujące są przy tym ujęcia na powstający obraz, płótno w pośpiechu zakrywane kolejnymi warstwami farby.

Artysta, który w pracy znajduje ukojenie i zapomnienie. Sympatyk Szekspira i wielki miłośnik natury (przepiękne sceny w wysokich trawach). Mężczyzna, który niemal kultem otacza swojego brata Theo i przyjaciela po fachu, Paula Gauguina. W końcu, człowiek-siewca, którego plonem – niestety dopiero po jego śmierci – mają być zastępy ludzi potrafiących patrzeć.
Patrzeć jak Vincent, który najprawdopodobniej był daltonistą. Jego punkt widzenia stara się dokładnie przekazać filmowa warstwa wizualna. Twórcy korzystają z żółtych filtrów i punktowych rozmyć dla ukazania problemów ze wzrokiem malarza (i może stąd właśnie wynikającej jego wyjątkowości?). Ujęcia z ręki – momentami nachalne zbliżenia i chaotyczne ruchy kamery – zdają się natomiast imitować styl pracy i życia malarza. Jednak zdecydowanie najjaśniejszym punktem jest tu rola Willema Dafoe, który przed kamerą staje jak żywcem wyjęty z autoportretów malarza. Nawiązując do ostatnich słów Van Gogha – w jego spojrzeniu „smutek trwa wiecznie”, a gestami, postawą i wszystkimi półśrodkami doskonale oddaje melancholię bohatera, jego bezbronność, samotność, opłakany stan duszy.

„U bram wieczności” ma pecha, jeśli chodzi o datę polskiej premiery – od tej światowej minął już ponad rok, a nie dalej jak dwa lata temu w kinach królował „Twój Vincent”, który nie dość, że opowiadał o tej samej postaci, to dodatkowo rewolucjonizował techniki animacji. Nowemu filmowi Juliana Schnabela grozi więc przejście bez większego echa. Szkoda by było, więc jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji tego filmu obejrzeć – warto; warto przyjrzeć się kadrom na srebrnym ekranie, warto zapoznać się ze studium charakteru Van Gogha i znakomitą rolą Dafoe.

Rekomenduje: Kuba Marszałkiewicz​

NOWA TWARZ VAN GOGHA

Vincent van Gogh był osobą wyjątkową, co również zaowocowało wieloma interpretacjami filmowymi jego życia – chociażby polsko-brytyjski „Twój Vincent” z 2017 czy tegoroczny „Van Gogh. U bram wieczności” Juliana Schnabela. Tych dzieł było znacznie więcej, jednak tegoroczna odsłona życia malarza jest ciekawa, inna i warta uwagi.

Już na początku widz może zauważyć wiele nawiązań do stylu malarskiego van Gogha. Chaotyczne ruchy kamery, nawiązujące do dynamicznych ruchów pędzla podczas malowania, kadry z nieoczywistym oświetleniem, dominacja koloru żółtego czy częściowe rozmycie obrazów – sprawia to wrażenie wejścia w postać van Gogha (szczególnie podczas scen „z kamery pierwszoosobowej”) i głębsze przeżycie filmu. Pomaga chociaż trochę przeniknąć do umysłu malarza, bo to jest właśnie siła tego filmu – chce pokazać artystę od wewnątrz, z jego punktu widzenia i jego oczami. Kładzie nacisk na relacje z innymi ludźmi, bratem Theo czy przyjacielem po fachu – Gauguinem.

Oczywiście, w filmie nie zabrakło znanych miejsc czy postaci z obrazów malarza. Jest Paryż, Arles i inne prowansalskie przestrzenie, ale również odwzorowane zostały niektóre postacie z dzieł van Gogha – choćby listonosz czy doktor Gachet. Ten zabieg pozwala nam wejść w świat artysty i dostrzec, jak bardzo jego obrazy są odzwierciedleniem świata, w którym żył na swój własny sposób. Podobne sygnały niosą powracające w filmie sceny ze słonecznikami w kadrze, stające się swoistym leitmotivem, a kojarzone powszechnie z dziełami van Gogha.

Zaskoczył mnie trochę sposób przedstawienia biografii artysty. Inny niż w „Twoim Vincencie” przebieg historii życia malarza – np. oddzielenie Auvres od Arles – czy wątki, które reżyser podkreśla – np. relacja z Paulem Gauguinem, której nie było w filmie Kobieli i Welchmanna. Inna jest też sprawa fundamentalna: bohater istnieje niezależnie od tego, jak widzą go inni. To jego poszukiwania i pytania wybijają się na plan pierwszy. Schnabel nie musi trzymać się tak ściśle obrazów van Gogha, więc pokazuje historię bliższą faktom, koncentrując się na procesie twórczym malarza i jego odmiennym postrzeganiu świata.

„Van Gogh. U bram wieczności” Juliana Schnabela jest na pewno pozycją obowiązkową dla fanów twórczości van Gogha, jednak polecam go równie szczególnie osobom, które obejrzały „Twojego Vincenta” ze względu na inny punkt widzenia na tego artystę. Jest to film dobrze zrobiony, ciekawy wizualnie, z genialną kreacją aktorską Willema Dafoe, który zagrał tytułowego artystę przekonująco, jakby zszedł wprost z autoportretów van Gogha.

Willem Dafoe (Vincent van Gogh)
Willem Dafoe (Vincent van Gogh)
Willem Dafoe (Vincent van Gogh)

Dodaj komentarz