
Egzystencjalne science-fiction? Proszę bardzo.
Rekomenduje: Marcin Łukomski
Niedaleka przyszłość. Ludzkość kolonizuje kolejne planety, lot na Księżyc niewiele różni się od znanych nam podróży samolotem, a eksploracja kosmosu nigdy nie była łatwiejsza. Postęp technologiczny widać gołym okiem, lecz czy podobny postęp możemy zaobserwować w zachowaniu człowieka?
„Ad Astra” w centrum historii osadza uniwersalne ludzkie cechy i problemy, pozwalając im wybrzmieć w futurystycznej scenerii. Kosmiczne podróże służą za ucieczkę od rzeczywistości, a ogrom wszechświata jedynie wzmacnia poczucie błahości i samotności. I to właśnie te emocje są odczuwalne w filmie najmocniej. To strach przed nimi, a nie potrzeba chwały, popycha nas do wielkich czynów.
Protagonistą jest grany przez Brada Pitta astronauta Roy McBride – syn bohatera, który zaginął 30 lat wcześniej podczas misji mającej na celu znalezienie życia pozaziemskiego. Gdy zaludnione planety zaczynają dotykać efekty tajemniczego promieniowania, musi on odnaleźć ojca, by uratować ludzkość przed możliwą zagładą. Dość prosta, jednowątkowa fabuła w połączeniu z pierwszoosobową narracją i fenomenalną grą Pitta pozwala skupić się na postaci Roya i zagłębić w jego psychikę. Pod fasadą nieokazującego emocji, potrafiącego zachować zimną krew w każdej sytuacji twardziela, kryje się strach przed samotnością i tęsknota za utraconym rodzicem.
W pewien sposób towarzyszymy bohaterowi na dwóch płaszczyznach – pierwszą jest warstwa fabularna i poczynania Roya, drugą zaś jego myśli w postaci prowadzonej z offu narracji. W obu ważną rolę odgrywa relacja między ojcem a synem. „Syn zawsze płaci za grzechy ojca” pada wśród rozmyślań bohatera, z drugiej strony widzimy, jak sam nieświadomie te grzechy powtarza. Obserwujemy jego działania, zastanawiając się, czy uda mu się uniknąć losu ojca, czy może historia zatoczy błędne koło. Reżyser James Gray stawia przed nami pytanie „Czy człowiek może się zmienić?”. Te rozważania w połączeniu z niesamowitymi kadrami autorstwa Hoyte van Hoytema sprawiają, że „Ad Astra” chwilami bardziej przypomina kino egzystencjalne niż typowe science-fiction.
Film ma jednak swoje wady. Nie brakuje w nim uproszczeń fabularnych, sceny akcji potrafią wybijać z rytmu, a poza fantastyczną kreacją Pitta praktycznie nie ma w nim wartych zapamiętania postaci. Pomimo to warto dać mu szansę. „Ad Astra” to z pewnością dzieło nietypowe, wyróżniające się wśród innych wysokobudżetowych produkcji i choć może nie jest to film, który trafi do fanów kina rozrywkowego, to z pewnością znajdzie swoich miłośników, którzy z seansu wyjdą zachwyceni.

