NIE OBCHODZI MNIE, CZY PRZEJDZIEMY DO HISTORII JAKO BARBARZYŃCY

Îmi este indiferent daca în istorie vom intra ca barbari – reż. Radu Jude, Rumunia 2019

Dwie konieczności: przeczytać i obejrzeć.

Rekomenduje: Jędrzej Sławnikowski​

Gdybym miał wskazać jeden kraj, którego współczesną kinematografię cenię najwyżej, bez wahania wybrałbym Rumunię. Tamtejsze filmy mają jednak często w Polsce pod górkę; kontrowersje wywoływały tematyką („4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”), formą („Touch Me Not”), a nawet zbyt daleko dla niektórych posuniętym realizmem („Sieranevada”). Nagrodzonemu Kryształowym Globusem na ubiegłorocznym festiwalu w Karlowych Warach „Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy” w reżyserii Radu Jude również nie wróżę ciepłego przyjęcia.

Tytułowe zdanie miał wypowiedzieć marszałek Ion Antonescu na temat masakry Żydów w Odessie, dokonanej przez Rumunów w październiku 1941 roku. Szczegółowa znajomość faktów historycznych nie jest jednak w odbiorze filmu konieczna ze względu na przyjętą przez Jude formułę opowiadania. Główną bohaterką uczynił on bowiem Marinę, reżyserkę teatralną przygotowującą spektakl odtwarzający odeską zbrodnię. W przeciwieństwie do wcześniejszego filmu reżysera, wybitnego „Aferim!”, „Nie obchodzi mnie…” spogląda na historię ze współczesnej perspektywy. Lwią część niemal 2,5-godzinnego metrażu zajmują długie sceny rozmów na temat dziejów Rumunii, głównie między Mariną i miejscowym urzędnikiem, niezadowolonym z artystycznych planów reżyserki. Jestem pewien, że część widzów będzie mieć trudności z przebrnięciem przez te fragmenty – nawet wśród krytyków można znaleźć głosy, że film męczy nadmiernym przegadaniem. Dla mnie jednak sceny te bronią się znakomicie napisanymi dialogami i precyzyjną inscenizacją w ramach zamkniętej muzealnej przestrzeni. Jude bardzo sprawnie unika teatralności, a i sam temat rozmów jest wystarczająco interesujący, by o znudzeniu nie było mowy.

Film opowiada bowiem nie tylko o zbrodniach z przeszłości, ale przede wszystkim bez ogródek wytyka współczesnym Rumunom ich negacjonizm. Padają tu słowa, że masakra w Odessie była sprawką Niemców; padają argumenty, że inne narody mają więcej na sumieniu; pokazany zostaje wreszcie współczesny antysemityzm i antykomunizm w formie reakcji publiczności na przedstawienie Mariny. To bardzo gorzkie spojrzenie reżysera na własny naród, ale też ewidentnie bardzo potrzebne. Potrzebne również w Polsce, w której nastroje wydają się obecnie niemal identyczne do tych w Rumunii. Wystarczy przypomnieć, jak filmy zmagające się z historycznym tabu – takie jak „Ida” czy „Pokłosie” – wywoływały święte oburzenie i oskarżenia o „antypolskość” ze strony tych, którzy chcieliby, aby niektóre fragmenty naszych dziejów popadły w zapomnienie. Wobec takiej postawy części społeczeństwa tym cenniejsze są artystyczne działania celujące w poszerzenie skostniałej świadomości narodowej, działania takie jak spektakl Mariny czy film Jude. Reżyserowi co prawda daleko do jakichkolwiek wzniosłych określeń – ważniejsze jest dla niego dochodzenie dziejowej sprawiedliwości – jednak jego dzieło stanowi czysty przykład prawdziwego patriotyzmu. Takiego, który mówi o swoim narodzie całą prawdę.

Znów adekwatne okazuje się spostrzeżenie (powtarzane jak mantra dwa lata temu przy okazji „Sieranevady”), że rumuńscy filmowcy wyjątkowo celnie opowiadają o współczesnej Polsce. Tym razem dostaliśmy od nich bolesną diagnozę zakrzepłych w naszej świadomości uprzedzeń i samym sobie narzuconej naiwności (lub wyrachowania) w postrzeganiu czarnych kart historii naszego narodu. „Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy” to najważniejsza premiera kinowa tego roku. Seans obowiązkowy!

Ioana Iacob (Marina)
Ioana Iacob (Marina), Alexandru Dabija (Movila)
Ioana Iacob (Marina)

Dodaj komentarz