
Dwie konieczności: przeczytać i obejrzeć.
Rekomenduje: Jędrzej Sławnikowski
Gdybym miał wskazać jeden kraj, którego współczesną kinematografię cenię najwyżej, bez wahania wybrałbym Rumunię. Tamtejsze filmy mają jednak często w Polsce pod górkę; kontrowersje wywoływały tematyką („4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”), formą („Touch Me Not”), a nawet zbyt daleko dla niektórych posuniętym realizmem („Sieranevada”). Nagrodzonemu Kryształowym Globusem na ubiegłorocznym festiwalu w Karlowych Warach „Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy” w reżyserii Radu Jude również nie wróżę ciepłego przyjęcia.
Tytułowe zdanie miał wypowiedzieć marszałek Ion Antonescu na temat masakry Żydów w Odessie, dokonanej przez Rumunów w październiku 1941 roku. Szczegółowa znajomość faktów historycznych nie jest jednak w odbiorze filmu konieczna ze względu na przyjętą przez Jude formułę opowiadania. Główną bohaterką uczynił on bowiem Marinę, reżyserkę teatralną przygotowującą spektakl odtwarzający odeską zbrodnię. W przeciwieństwie do wcześniejszego filmu reżysera, wybitnego „Aferim!”, „Nie obchodzi mnie…” spogląda na historię ze współczesnej perspektywy. Lwią część niemal 2,5-godzinnego metrażu zajmują długie sceny rozmów na temat dziejów Rumunii, głównie między Mariną i miejscowym urzędnikiem, niezadowolonym z artystycznych planów reżyserki. Jestem pewien, że część widzów będzie mieć trudności z przebrnięciem przez te fragmenty – nawet wśród krytyków można znaleźć głosy, że film męczy nadmiernym przegadaniem. Dla mnie jednak sceny te bronią się znakomicie napisanymi dialogami i precyzyjną inscenizacją w ramach zamkniętej muzealnej przestrzeni. Jude bardzo sprawnie unika teatralności, a i sam temat rozmów jest wystarczająco interesujący, by o znudzeniu nie było mowy.
Film opowiada bowiem nie tylko o zbrodniach z przeszłości, ale przede wszystkim bez ogródek wytyka współczesnym Rumunom ich negacjonizm. Padają tu słowa, że masakra w Odessie była sprawką Niemców; padają argumenty, że inne narody mają więcej na sumieniu; pokazany zostaje wreszcie współczesny antysemityzm i antykomunizm w formie reakcji publiczności na przedstawienie Mariny. To bardzo gorzkie spojrzenie reżysera na własny naród, ale też ewidentnie bardzo potrzebne. Potrzebne również w Polsce, w której nastroje wydają się obecnie niemal identyczne do tych w Rumunii. Wystarczy przypomnieć, jak filmy zmagające się z historycznym tabu – takie jak „Ida” czy „Pokłosie” – wywoływały święte oburzenie i oskarżenia o „antypolskość” ze strony tych, którzy chcieliby, aby niektóre fragmenty naszych dziejów popadły w zapomnienie. Wobec takiej postawy części społeczeństwa tym cenniejsze są artystyczne działania celujące w poszerzenie skostniałej świadomości narodowej, działania takie jak spektakl Mariny czy film Jude. Reżyserowi co prawda daleko do jakichkolwiek wzniosłych określeń – ważniejsze jest dla niego dochodzenie dziejowej sprawiedliwości – jednak jego dzieło stanowi czysty przykład prawdziwego patriotyzmu. Takiego, który mówi o swoim narodzie całą prawdę.
Znów adekwatne okazuje się spostrzeżenie (powtarzane jak mantra dwa lata temu przy okazji „Sieranevady”), że rumuńscy filmowcy wyjątkowo celnie opowiadają o współczesnej Polsce. Tym razem dostaliśmy od nich bolesną diagnozę zakrzepłych w naszej świadomości uprzedzeń i samym sobie narzuconej naiwności (lub wyrachowania) w postrzeganiu czarnych kart historii naszego narodu. „Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy” to najważniejsza premiera kinowa tego roku. Seans obowiązkowy!


