
Już za chwilkę premiera. Wydarzenie sezonu. My już po przedpremierach i wielu z Was pewnie też. Jeśli nie – i tak nie spojlerujemy. A gdyby ktoś chciał obejrzeć w nieskazitelnej niewiedzy, niech wróci do nas po seansie. Rekomendują: Nadia, Dominika i Jędrek.
PORTRET KOBIETY w OGNIU
Rekomenduje: Nadia Bruscia
Bycie artystą, to moja droga, uczę się malarstwa. Może dlatego doceniam film szczególnie za walory estetyczne. Pięknie zakomponowane sceny, fragmenty ukazujące proces twórczy, a także wszystko to, co opowiada o roli malarstwa w czasach, których dotyczy film.
Postać malarki Marianne jest w tej historii kluczowa. Przybywa do Bretanii, do szlacheckiej posiadłości, gdzie wykonać ma portret młodej dziewczyny. Dostaje zlecenie – niełatwe, bo portretowana tego portretu nie chce. Marianne jest zarazem najętym rzemieślnikiem i demiurgiem, od którego wiele zależy: pociągnięciami swego pędzla może dopiąć małżeństwo swej modelki, Héloïse, zmieniając jej życie na zawsze.
Dużą przyjemność sprawiło mi oglądanie procesu malowana farbami olejnymi, zaczynając od gruntowania płótna na brązowo, z którego stopniowo artystka wyłoniła kobiecą podobiznę – szeroką gamą bieli tworząc skórę, a różnicując szmaragdową barwę, uformowała fałdy szaty.
Filmowe kadry budzą malarskie skojarzenia. Przypomina się Vermeer i sceny rodzajowe z życia kobiet – zwłaszcza fragmenty ukazujące codzienne czynności służącej Sophie przywołują na myśl jego „Mleczarkę” lub „Koronczarkę”. Chwile, które bohaterki spędzały na wybrzeżach plaży lub krawędzi klifów, ewokują obrazy Caspara Davida Friedricha, którego postacie są pasywne w obliczu majestatu otaczającej ich natury.
Nie tylko malarstwo, choć ono jest pierwszoplanowe. „Portret kobiety w ogniu” ukazuje, jak wielka jest rola muzyki w jednoczeniu kobiet. W pamięci zostaje śpiewana wspólnie na festynie pieśń – towarzysząca później napisom końcowym.
A koncert z „Czterech pór roku” Vivaldiego –zagrany dla Héloïse przez Marianne, powraca jako intensywne i nieprzemijające wspomnienie w jednej z końcowych scen filmu.
Rekomenduje: Dominika Stachowiak
„Równość jest przyjemna”. To zdanie z filmu Céline Sciammy „Portret kobiety w ogniu” utkwiło mi w pamięci najbardziej. Héloïse (Adele Haenel) odnosi je do swego pobytu w zakonie. Zatrważający jest fakt, że tylko tam kobiety mogły poczuć się równe innym. Rzecz dzieje się pod koniec XVIII wieku.
Marianne to malarka, która dostaje za zadanie namalować portret Héloïse, od niego będzie zależeć, czy jej przyszły mąż ją zechce. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ma go namalować z pamięci. Młoda szlachcianka robi bowiem wszystko, by do małżeństwa nie doszło. Marianne podaje się więc za damę do towarzystwa, korzystając z każdej okazji do bacznego przypatrywania się Héloïse. Między kobietami rodzi się uczucie.
Jest to film prawie w całości pozbawiony mężczyzn, a jeżeli już pojawiają się na ekranie, to w mało znaczących rolach lub w tle. Kobiet jest więcej (festyn!), ale trzy z nich poznajemy bliżej. Każda wprowadza swoje doświadczenie, ograniczenie, jakie nakłada na nią zdominowany przez mężczyzn świat. Marianne jest zdolną malarką, lecz przez swą płeć ma ograniczone możliwości rozwoju, poza tym, aby jej obrazy mogły być pokazywane szerszemu gronu odbiorców, musi podpisywać się nazwiskiem ojca. Héloïse jest zmuszona do małżeństwa z mężczyzną, o którym wie tylko tyle, że pochodzi z Mediolanu. Sophie mierzy się z decyzją, czy urodzić i samotnie wychować dziecko (z tym wątkiem łączy się scena z chyba największym ładunkiem emocjonalnym).
Reżyserka prawie całkowicie zrezygnowała z muzyki. Cisza podkreśla bardzo powoli budowaną relację pomiędzy bohaterkami i sprawia, że obraz staje się o wiele bardziej subtelny, nie zamienia się w ckliwy melodramat, lecz pozostaje kameralną historią o odkrywaniu miłości.
Nie mogę nie wspomnieć o malowniczych kadrach! Większość można by oprawiać w ramki i porozwieszać w muzeach. Wspaniale też dopełniają historię swoją warstwą metaforyczną. Scena z początku filmu, kiedy to naga Marianne suszy się przy kominku pomiędzy dwoma obrazami to kwintesencja opowieści. Malarka i płótna, na których powstaną dwa obrazy, mające zmienić jej życie i sprawić, że zapłonie w niej ,,ogień uczuć”. Czy też scena pierwszego pocałunku bohaterek, kiedy to powoli rozwiązują zasłaniające usta chusty, jak gdyby symbolizując porzucenie sztywnych konwenansów niedopuszczających do tej miłości.
Film oczywiście nie jest bez wad. Być może dla niektórych porównanie Héloïse i Marianne do Orfeusza i Eurydyki czy nawiedzające Marianne widmo Héloïse w sukni ślubnej wyda się zbyt sztampowe lub kiczowate. Kłuć w oczy mogą też pewne podobieństwa do ,,Call me by your name” LucaGuadagnino, jak sztuka wpleciona w miłosną relację i waga dobrych niegasnących wspomnień.
Dla mnie jest to film piękny. Nie tylko ze względu na kadry czy historię miłości, ale przede wszystkim dlatego, że jest o upragnionej przez kobiety równości, która jest przecież taka przyjemna.
Rekomenduje: Jędrzej Sławnikowski
Zgadzam się z Dominiką w kwestii widocznych podobieństw do „Call Me by Your Name”, jednak nie upatrywałbym w tym wady „Portretu kobiety w ogniu”. Oba filmy są wyraźnie spowinowacone przez malarskie kadry (u Guadagnino Monet, u Sciammy wspominany przez Nadię Vermeer), bliźniacze sceny kiełkowania uczucia podczas wykonywania przez jedną z postaci utworu muzyki klasycznej (Bach grany przez Elio, Vivaldi przez Marianne), wreszcie opowiedzenie historii miłosnej ze skupieniem na sferze emocjonalnej zamiast charakterystycznego dla kina LGBT obrazowania nieakceptacji społecznej. Cechy wspólne obydwu dzieł są więc ewidentne, ale „Portret” zdecydowanie ma własny charakter – podejmuje też przecież wiele kwestii w tamtym filmie nieobecnych.
Broniłbym również nawiązania do Orfeusza i Eurydyki, nie tylko dlatego, że propozycja Sciammy to jak na tak popularny w kulturze mit interpretacja bardzo nieoczywista. Przede wszystkim wzbogaca ona wątek romantyczny o filozoficzne rozważania nad uczuciem. Czym kierował się Orfeusz, spoglądając na Eurydykę? Czy złamał zakaz pomimo miłości czy właśnie z jej powodu? Co lepiej przy sobie zatrzymać – ukochaną osobę, aby z czasem znudzić się sobą nawzajem, czy wspomnienie o niej, które na zawsze pozostanie wyidealizowane i niezmienne? A może nie ma jednego słusznego wyboru?
Niesamowite, na jak wielu płaszczyznach sprawdza się „Portret kobiety w ogniu”. Porównanie losów bohaterek do mitu ani trochę nie osłabia feministycznej wymowy dzieła, nawet niejako ją uzupełnia. Tragizm niemożliwego do zatrzymania uczucia bardzo ciasno splata się z opresją społeczną, której podlegają kobiety. W historii Héloïse tkwi fundamentalny paradoks: wyzwolenie z ciasnego gorsetu następuje dla niej jedynie chwilowo, w dodatku nieuchronnie prowadząc do jego ponownego założenia (Marianne maluje w końcu jej portret ślubny). Imponuje też, jak sprawiedliwie Sciamma o tej opresji opowiada. Wina za zaistniały stan rzeczy nie spoczywa tu na barkach konkretnej postaci – nie ma tu niedobrego męża, brata ani ojca. Brak mężczyzn nie jest więc tylko oddaniem głosu tej płci, dla której artystyczna ekspresja była przez dekady utrudniona; to także uchronienie ich przed odpowiedzialnością, którą – gdyby się w filmie pojawiali – zostaliby zapewne obarczeni. Dzięki temu obraz nierówności w „Portrecie” nie wywołuje gniewu, tylko bezsilność. Łatwo walczyć z konkretnymi ludźmi, znacznie trudniej z niespersonifikowanymi mechanizmami rządzącymi rzeczywistością.
Podpisuję się też pod pochwałami przedmówczyń wobec warstwy muzycznej. Jej oszczędne wykorzystanie okazało się tu prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Dzięki takiej decyzji reżyserskiej sceny bez niej można było pięknie podkreślić odgłosami otoczenia: trzaskającym ogniem czy szumem morza, z kolei te kilka momentów, w których muzyka się pojawia, wybrzmiewa ze zdwojoną siłą. To przede wszystkim tym fragmentom „Portret kobiety w ogniu” zawdzięcza swoją emocjonalną siłę. Dołóżmy do tego opisane wyżej bogactwo tematyczne, malarskie zdjęcia, rewelacyjne kreacje Adèle Haenel i Noémie Merlant, a otrzymamy prawdziwe i poruszające dzieło sztuki.





