
Tak, w kinie rządzi „Joker” i dwa polskie super filmy. A tu jeszcze coś takiego jak obłędnie sfotografowany Petersburg, dwie desperackie kobiety i noblistka (poza kadrem). Recenzent zachwycony!
Rekomenduje: Łukasz Klawunn
Kantemir Balagov, zaledwie dwudziestoośmioletni autor, po dwóch latach od nagrodzonej w Cannes „Bliskości”, powraca z kolejnym gęstym od emocji dziełem. „Wysoka dziewczyna” nie tylko powtórzyła sukces poprzedniego filmu (również zdobywając Nagrodę Międzynarodowej Federacji Krytyki Filmowej), ale dodatkowo przyniosła twórcy nagrodę dla najlepszego reżysera oraz została oficjalnym kandydatem Rosji w oscarowym wyścigu. Warto dodać, że konkurencja w drodze po nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej jest wyjątkowo silna, lecz, mimo wszystko, zdecydowanie powinna liczyć się z rosyjską propozycją. Tak liczne i znaczące sukcesy czynią z młodego reżysera prawdziwy fenomen wśród współczesnych filmowców. Wszelkie zachwyty nad Balagovem są jednak jak najbardziej uzasadnione.
Obraz przenosi nas do powojennego Leningradu – szarego, smutnego miasta pełnego wyraźnie dotkniętych koszmarem wojny ludzi. Jedni snują się po ulicach pogrążeni w swoich wewnętrznych światach, drudzy rozpaczliwie poszukują antidotum na niemożliwą do wyparcia traumę. Poszukiwanie nie ma jednak końca. Ani bliskość drugiego człowieka, ani odcięcie się od wszelkich zewnętrznych bodźców nie przynoszą wyczekiwanej ulgi.
Te dwie, dość skrajne, postawy reprezentują główne bohaterki. Tytułowa wysoka dziewczyna, czyli Iya (zwana również Tyczką) raz po raz doświadcza stanów dysocjacyjnych, które sprawiają, że kobieta w całkowicie przypadkowych momentach zapada w tajemniczy trans i traci kontakt z otaczającą ją rzeczywistością. Nie wiemy czy świadomość Iyi zupełnie się w tych momentach wyłącza, czy może w jej głowie rozgrywa się kolejna wojna. Wiemy jednak, że to jedyny mechanizm obronny, który wytworzyła jej psychika. Z kolei Masha, zdecydowanie bardziej ekstrawertyczna, ucieka w zabawę i związki z mężczyznami, a za ostateczny ratunek uważa macierzyństwo. Wyraźnie nieprzystosowana do społeczeństwa Tyczka i jej wybuchowa przyjaciółka są jak woda i ogień. Właśnie dzięki temu mogą reprezentować wszystkie kobiety, które znajdowały się w samym sercu konfliktu zbrojnego, a o których Balagov chciał opowiedzieć – zainspirowany słynnym reportażem Swietłany Aleksijewicz pod tytułem „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”.
Ukazanie kobiecej perspektywy w subtelny i niezwykle przejmujący sposób to nie jedyna mocna strona filmu. Dzieło Rosjanina jest prawdziwą ucztą dla osób lubujących się w ambitnym, artystycznym kinie. Niezwykle intrygująca Viktoria Miroshnichenko, o nieco androgynicznej urodzie, w roli Tyczki naprawdę hipnotyzuje widza. Vasilisa Perelygina, czyli Masha, aż kipi od skrajnych emocji, które targają jej bohaterką i daje przy tym prawdziwy, godny najwyższego uznania, koncert aktorski. Z kolei niepowtarzalny klimat stworzony za pomocą – zarazem pięknych i odrażających – ujęć, kontrastujących barw, nieśpiesznego tempa, świetnego wykorzystania ciszy czy szokujących, bardzo mocnych i drastycznych scen, które konkretnie wciskają w fotel, jest czymś absolutnie niemożliwym do przekazania słowami.
Ta gęstość i ten ciężar, które możemy odczuwać podczas seansu są dowodem wyjątkowego kunsztu reżysera i myślę, że w pewien sposób wyznaczają szlak, po którym Balagov będzie kroczył przez najbliższe lata. Kreowane przez niego światy są niemalże pozbawione nadziei na lepsze jutro, a bohaterowie bezradni wobec okrutnej i przytłaczającej rzeczywistości. Mimo to powinniśmy zanurzać się w nich jak najgłębiej. Znajdziemy tam bowiem złoża prawdziwych, ludzkich emocji, które bronią się same w sobie i rozkładają na łopatki mocniej niż niejedna sekwencja z pełnego wybuchów i fajerwerków filmu akcji, czy naszpikowanego jumpscare’ami horroru.




