
Drugi tytuł (z listy filmów, które zeszły z ekranów, ale wciąż warto o nich pamiętać): „Truposze nie umierają”. Jarmusch reżyseruje aktorskie tuzy. Jednym podbija serca, innych znieczula. Jakub należy do grupy admiratorów.
Rekomenduje: Jakub Chojnacki
Jim Jarmusch to reżyser robiący kino autorskie już od wczesnych lat osiemdziesiątych. Uwielbiany przez jednych, których urzeka swym niepowtarzalnym stylem, a znienawidzony przez innych, którzy nie mogą zrozumieć jego fenomenu i zarzucają mu zbyt duże przywiązanie do formy kosztem treści. Swoim najnowszym filmem Jarmusch na pewno nie przekona do siebie dotychczasowych krytyków, bo znajdziemy tu wszystkie elementy wspomnianego stylu: powolne prowadzenie akcji, długie ujęcia i absurdalne dialogi. W 2013 roku reżyser nakręcił film „Tylko kochankowie przeżyją” o parze wampirów, tym razem na warsztat bierze inne klasyczne potwory – zombie.
Tak jak „Kochankowie…” mieli więcej wspólnego z romansem niż horrorem, tak „Truposze…” są bardziej komedią niż kinem grozy. Jarmusch nie ma zamiaru straszyć widza, lecz złożyć hołd klasycznym filmom tego gatunku. Jeśli ktoś liczy na seans pełen krwawych scen rodem z kina gore, to ten film go nie usatysfakcjonuje. Reżyser po prostu bawi się konwencją; daje nam pewne tropy, przedstawia szereg bohaterów, którym nadaje charakterystyczne rysy, nie zagłębiając ich psychologii.
Główni bohaterowie, grani przez Billa Murraya i Adama Drivera, już w jednej z pierwszych scen dają do zrozumienia, że są świadomi występowania w filmie. To właśnie ten duet jest największą zaletą filmu. Obaj aktorzy nie ukazują zbyt wielu emocji, co w połączeniu z absurdalnymi wydarzeniami, w jakich biorą udział, daje efekt komiczny. Wśród reszty obsady wyróżnia się Tilda Swinton, która nadała swej postaci niebanalny rys. Największą wadą filmu jest jego przesłanie – krytyka konsumpcjonizmu. Nie o sens przesłania chodzi, lecz o sposób, w jaki jest nam podane. Zabrakło tutaj subtelności, gdyż zamiast pozostać sugestią, jest wyrażone wprost.
Dla fanów Jarmuscha pozycja obowiązkowa, lecz tym, którzy nie obejrzeli do tej pory żadnego filmu tego reżysera, przed seansem „Truposzy…” polecam zapoznanie się z którymś z jego wcześniejszych dzieł, np. „Noc na Ziemi”.

